Rozdział 23: Opór przeciw esperanto

Na początku trzeciego tysiąclecia sytuacja dotycząca esperanto jest raczej dziwna. Propagandyści języka esperanto podnoszą sprawę, że na świecie są miliony esperantystów, że ruch tego łatwego do nauki języka międzynarodowego rośnie i że któregoś dnia nadejdzie "la fina venko" – ostateczne zwycięstwo. Wszędzie ludzie będą uczyli się esperanto przez rok lub dwa i wszędzie na świecie ludzie będą mogli swobodnie porozumiewać się bezpośrednio ze sobą bez potrzeby zatrudniania pośredników. Taka wiara setek tysięcy esperantystów i zwolenników esperanto jest wciąż mocna.

Z drugiej strony istnieją raumiści i im podobni, którzy są szczęśliwi z uczestnictwa w unikalnej, tętniącej życiem kulturze międzynarodowej, która posiada członków w ponad stu krajach na całym świecie. Tworzy ona ciągły strumień książek, magazynów, żurnali literackich, biuletynów, listów pocztowych i wiadomości elektronicznych oraz kilka regularnych audycji radiowych pochodzących z krajów takich, jak Chiny, Kuba, Polska, Austria i Watykan. W Internecie udostępnia ona informację w ponad czterdziestu językach. Na stronach internetowych umieszczane są znaczące ilości poezji i prozy, fikcji i literatury faktu, dzieł oryginalnych i tłumaczeń.

 

Ignorowane esperanto

A jednak, na początku trzeciego tysiąclecia dla większości ludzi na świecie ten unikalny język jest niewidzialny. Większość ludzi nawet nie ma pojęcia, co to jest esperanto. Wielu z tych, którzy o nim słyszeli, sądzi, że jest to jakiś tam przestarzały pomysł, który wymarł śmiercią naturalną już dawno temu. Gdyby ktoś miał ich poinformować, że wspaniały, 365 stronnicowy słownik terminów komputerowych w esperanto pojawił się w wydaniu książkowym w roku 1995, a następnie został opublikowany w Internecie i uaktualniony, to byłoby to dla nich równie dziwne, jakby usłyszeli o nowym słowniku komputerowym w języku łacińskim lub anglosaskim.

Z wyjątkiem rozkwitu zainteresowania podczas setnej rocznicy tego języka w 1987 esperanto bardzo mało przyciągało uwagę mediów amerykańskich w ostatnich dekadach. Przeszukanie bazy danych artykułów w Stanach Zjednoczonych w 1996 ujawniło zaledwie garść artykułów. Jeden zajmował się znaczkami pocztowymi poświęconymi esperanto. Inny, który ukazał się w październiku 1995 w The Atlantic, dotyczył straconych spraw.  W tym drugim znajdowała się wzmianka z przychylną informacja na temat esperanto. Artykuły pojawiają się od czasu do czasu w gazetach, a wtedy są dokładnie odnotowywane w Esperanto USA, oficjalnym wydawnictwie Ligi Esperanto dla Ameryki Północnej. Jeden z ostatnich artykułów ze stycznia 2000 w USA Today, autorstwa Dru Seftona, był na temat propozycji w Europie uczynienia języka esperanto nową łaciną w Kościele Katolickim. 

 

Ośmieszane esperanto

Często, gdy esperanto jest wspominane w mediach przez skądinąd dobrze poinformowanych ludzi, ma to miejsce w formie nieprzemyślanej, dowcipnej uwagi, która zakłada, że esperanto nie jest "rzeczywistym" językiem, lecz raczej jakiegoś rodzaju staroświeckim, ekscentrycznym, niepraktycznym marzeniem, które nigdy naprawdę nie funkcjonowało i nie mogło funkcjonować.

Pewna liczba tych, którzy coś słyszeli o tym języku i mają na ten temat jakieś pojęcie, demonstruje mocną antypatię do niego. Jakąś złość skierowaną na ten język. Wielu kpi sobie z niego. Tak było już od bardzo dawna.

Esperantyści wierzą, że istnieje problem języka światowego, na który składa się to: przygniatająca większość ludzi na tej Ziemi nie może ze sobą rozmawiać ani korespondować bez zatrudniania tłumacza.

Modnie jest, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, nie spostrzegać tego jako poważnego problemu. Wielu rodzimych użytkowników angielskiego sądzi, że ze wszystkimi ludźmi na całym świecie, którzy nie mówią po angielsku, jest coś nie w porządku. W roku 1988, tuż przed Olimpiadą w Seulu, pewien dziennikarz z gazety w Detroit odwiedził Republikę Korei i donosił, że jest to dziwne miejsce. Wśród dziwnych cech kultury koreańskiej, zauważonych przez owego dziennikarza, takich jak spożywanie mięsa psów, było to, iż tamtejsi ludzie nie mówili po angielsku.

Nie znająca języków obcych Amerykanka, zwiedzając Pragę, postanowiła odłączyć się od swojej grupy i pozwiedzać miasto na własną rękę. Gdy musiała dopytać się o drogę, nie mogła znaleźć nikogo mówiącego po angielsku. Gdy mówiła do ludzi, patrzyli na nią i wzruszali ramionami. Nie byli w stanie jej pomóc. Innymi słowy, otrzymała to samo przyjęcie, które by otrzymała osoba mówiąca jedynie po czesku na ulicach typowego miasta amerykańskiego. Gdy tego typu rzeczy spotykają Amerykanów, są oni zaszokowani.

Jest zupełnie zrozumiałe, że nikt nie jest w stanie nauczyć się wszystkich głównych języków świata. Łatwo można pokazać, że metody obecnie stosowane powszechnie przy ustnym porozumiewaniu się pomiędzy ludźmi mówiącymi różnymi językami hamują spontaniczny przepływ informacji, którym cieszą się ludzie rozmawiający ze sobą w swoim języku ojczystym. Byłoby sensowne przynajmniej poważnie potraktować lekarstwo, które sprawdziło się w praktyce przez ponad sto lat. Jednakże olbrzymia liczba ludzi odrzuca to lekarstwo, nie poświęcając nawet dziesięciu minut na jego poważne rozważenie. Było to powodem olbrzymiej frustracji biegłych esperantystów, którzy z własnego doświadczenia wiedzieli, jak dobrze funkcjonuje ten język.

W tym względzie pouczająca jest historia Claude'a Pirona. Jako chłopiec w neutralnej Szwajcarii w czasie II Wojny Światowej Piron natknął się na jakieś stare egzemplarze czasopisma dla dzieci. Umieszczone w nich były lekcje języka esperanto. Z nich Piron nauczył się tego języka, a następnie uczył go swojego brata oraz kilku kolegów szkolnych, po czym używali oni esperanto jako swojego sekretnego języka. Jeden z jego kolegów szkolnych nauczył się Esperanta w jeden miesiąc.

Później Piron odkrył istnienie innych esperantystów. Korespondował z esperantystami z wielu krajów, również z Chin. To pobudziło jego zainteresowanie językami, więc nauczył się, między innymi, angielskiego, rosyjskiego i chińskiego. Jak wspomnieliśmy wcześniej, został on zawodowym tłumaczem i kierownikiem sekcji tłumaczeń w ONZ oraz w WHO.

Piron znał z pierwszej ręki, jak trudno jest tłumaczyć z jednego języka na inny. Wiedział, jak wiele z tego, co powiedzieli mówcy, zostało z konieczności pominięte przez tłumaczy, których gonił czas. Słuchał, jak tłumacze fabrykowali z rękawa przemówienia, gdy nie byli zupełnie w stanie zrozumieć wymowy mówcy, który był zmuszony na zebraniu międzynarodowym używać niesamowicie trudnego dla siebie języka obcego.

Od czasu do czasu Piron wspominał innym tłumaczom, że gdyby esperanto było powszechnie nauczane w szkołach i używane, problemy te zniknęłyby całkowicie.

Jego propozycje używania Esperanta zawsze spotykały się z ośmieszeniem.

Z własnego doświadczenia Piron wiedział, że esperanto funkcjonuje bardzo dobrze. Gdy wyjeżdżał za granicę jako tłumacz, szukał miejscowych esperantystów. Porozumiewał się z ludźmi w Azji i w Ameryce, jak również w Europie, pisząc w esperanto i mówiąc w esperanto. Ludzie śpiewali piosenki w tym języku i opowiadali sobie dowcipy, wydawali książki i czasopisma, a zawodowcy w dziedzinie tłumaczeń wciąż wyśmiewali sam pomysł tego języka.

Gdy wszyscy dookoła traktują cię jak wariata, do twojej świadomości zaczyna skradać się myśl, że może jesteś chory. To przydarzyło się Pironowi. Gdy pracował w ONZ w Nowym Jorku, postanowił poradzić się wysoce polecanego, miejscowego psychoterapeuty.  Po wysłuchaniu go, psychoterapeuta powiedział mu, że musi zbadać tę sprawę.

Gdy spotkali się ponownie, Piron usłyszał z ulgą, że wcale nie zwariował, lecz ludzie wyśmiewający esperanto, odrzucający go od ręki, zachowywali się jak szaleńcy.

Ten przypadek wzniecił zainteresowanie Pirona psychoterapią. W końcu sam został zawodowym psychoterapeutą. Psychoterapią zajmował się w swojej ojczystej Szwajcarii. Porad udzielał w językach francuskim, angielskim i esperanto. Twierdził, że esperanto szczególnie dobrze nadaje się do przekazywania niuansów w znaczeniu, w uczuciach, nie tylko w zwykłych rozmowach i literaturze, lecz również w sesjach psychoterapeutycznych.

Właściwie Piron nie lubił używania określenia "psychoterapeuta". Wolał nazywać się plifeliĉigisto.

 

pli    =    więcej
feliĉ    = szczęśliwy
ig = czynić
ist = zawodowiec
o = [znacznik rzeczownika]

 

Przez plifeliĉigisto Piron miał na myśli kogoś, kogo zajęciem jest pomaganie ludziom czuć się szczęśliwszymi. Większość ludzi, którzy się z nim konsultowali, nie była chora psychicznie. Chcieli tylko stać się szczęśliwsi.

Ponieważ Piron posiadał pełne zawodowe kwalifikacje zarówno w dziedzinie tłumaczeń jak i w dziedzinie psychoterapii, był na dobrej pozycji do rozważania powodów, dla których duża liczba skądinąd normalnych osób odrzuca esperanto od ręki bez poświęcenia nawet jednej godziny na zbadanie faktów na temat tego języka. Napisał eseje, a w 1994 książkę pt. Le défi des langues (Wyzwanie Języków) na temat psychologicznego oporu w stosunku do języka esperanto.

Oto dlaczego Piron uważa, że jest tak dużo oporu dla języka esperanto:

Gdy zaczynamy mówić w wieku około ośmiu miesięcy, duzi ludzie wokół nas są oczarowani, rozbawieni i zachwyceni. Mówimy "mama", a Matka uśmiecha się i robi z tego cudowne zamieszanie. Nasze pierwsze słowa posiadają efekt magiczny na ukochanych gigantów wokół nas.

Szybko stajemy się wymowni w naszym języku ojczystym. Przechodzimy od pojedynczych słów do wyrażeń dwusłownych, całych zdań, zdań złożonych, zdań skomplikowanych. Wszystko to odbywa się zanim pojawimy się w szkole. Nasz rozwój idzie dalej, mając magiczny wpływ na naszych rodziców. Nie tylko zachwycają się naszą mową, lecz również mogą być namówieni do zrobienia czegoś dla nas, gdy o to poprosimy. Możemy im powiedzieć, czego chcemy. Wypowiadanie naszych pragnień często prowadzi do spełnienia tych pragnień przez rodziców, czy chodzi o jakieś lody, dostanie ulubionego wideo, czy zdobycie określonej zabawki.

Większość z nas uczy się swojego języka ojczystego, rozmawiając z matką. Nasz język ojczysty staje się dosłownie "językiem matczynym" (w angielskim język ojczysty określa się terminem mother tongue – język matczyny, przyp. tłumacza). Ponieważ język ten daje nam magiczne moce, staje się dla nas bardzo drogi na głębokim poziomie psychologicznym. Staje się zdecydowanie czymś, z czym nie wolno błaznować.

Gdy ktoś proponuje reformę pisowni naszego języka ojczystego, odzywają się głośne i ostre protesty. To byłoby grzebaniem w naszym języku matczynym. Gdyby ktoś zaproponował uproszczenie gramatyki naszego języka, np. przez uczynienie regularnym czasownika "to be" (być), aby się odmieniał wg poniższego schematu:

to ta propozycja napotkałaby oburzenie. Chociaż historycy językowi pokazują, że setki mniej powszechnych czasowników w angielskim stało się regularne w osiemnastym wieku, to jakakolwiek propozycja powtórzenia tego procesu zostałaby przyjęta z trwogą lub wyśmiana.

Dzieje się tak dlatego, że nasz język ojczysty, nasz język matczyny, którego nauczyliśmy się na kolanach naszej matki, który po nauczeniu się go dał nam prawie magiczne moce, jest tabu dla dogłębnych zmian.

Nie myślimy o tym świadomie. Myślimy o tym na głębokim poziomie w podświadomości. Po prostu wiemy, że tak jest, Ręce precz od naszego języka!

Chętnie przyjmujemy nowe środki transportu. W ciągu ostatnich dwóch wieków z dość małym oporem a z wielkim entuzjazmem zaakceptowaliśmy koleje, samochody, samoloty i statki kosmiczne. Jesteśmy dumni ze sposobu przebudowy środków transportu. Jednakże, niech ktoś spróbuje zaproponować przebudowę naszego języka ojczystego, który jest naszym głównym środkiem porozumiewania się, a natychmiast poczujemy odrazę do takiej propozycji.

Z drugiej strony istnieją praktyczne powody takiej reakcji. Jeśli mielibyśmy radykalnie zmienić nasz język ojczysty, uniemożliwilibyśmy przyszłym pokoleniom czytanie przeszłej literatury z taką samą łatwością, jak robimy to my. Nawet dzisiaj czytamy dzieła Szekspira nie z pisownią z tamtego okresu, która była bardzo nieregularna, lecz z całkowicie zmodernizowaną pisownią. Jeśli mielibyśmy przejść na całkowicie fonetyczny system pisowni angielskiej, to przyszłe pokolenia miałyby duże trudności z czytaniem dzieł, powiedzmy, Marka Twaina, o ile nie powstałyby ich wersje z radykalnie zmienioną pisownią.

Angielski jest językiem narodowym lub oficjalnym dużej liczby krajów na całym świecie. Język ten posiada różną wymowę w tych krajach. Gdyby każdy z tych krajów stosował pisownię fonetyczną według miejscowej wymowy, stałoby się trudniejsze dla nas odczytywanie pism tworzonych w innych krajach.

Podobne argumenty można by wyłożyć odnośnie innych cech tego języka.

Gdy esperanto jest proponowane jako rozwiązanie światowego problemu językowego, uaktywnia się u wielu osób to tabu. Sto lat temu pewien młodzieniec, rozpoczynając swe dzieło jako nastolatek, opracował projekt języka, aby ludzie na całym świecie mogli go używać do łatwego porozumiewania się między sobą. Załóżmy, że to esperanckie marzenie się spełniło. Co by to oznaczało?

Na całym świecie miliardy ludzi porozumiewałoby się w języku opartym na projekcie wymyślonym przez jednego człowieka. Gdy ludzie pisaliby instrukcje techniczne lub wydawali inne publikacje do ogólnoświatowej dystrybucji, to zwykle używaliby języka, który on i inni rozwinęli na podstawie jego projektu. Gdyby przemawiano na międzynarodowych zebraniach, to robiono by to lub tłumaczono w jego języku. Jego język stałby się najpowszechniej używanym. Zdobyłby on, z pewnego punktu widzenia, status wyższy niż inne języki, łącznie z tymi, które nauczyliśmy się na kolanach naszej matki.

Takie coś jest nie do pomyślenia dla wielu osób. Myślą oni tak: ten tzw. język nie może być prawdziwym językiem. Nie może on poruszać nas tak głęboko, jak język wyuczony na kolanach matki. Jest to język niepożądany, intruz. To jak potwór Frankensteina w świecie języków! Należy go odrzucić od ręki, nawet na niego nie patrząc. Należy go wykluczyć, nawet nie sprawdzając, jak ludzie w rzeczywistości z niego korzystają.

Jeśli ktoś taki, jak Piron, podniesie sprawę esperanto, to tacy ludzie po prostu go wyśmieją. To najlepszy sposób pozbycia się tego pomysłu, ponieważ, gdyby mieli kiedykolwiek przeprowadzić analizę kosztów-zysków, która porównywałaby funkcjonowanie esperanto z funkcjonowaniem angielskiego, francuskiego, z funkcjonowaniem jednoczesnych tłumaczeń, z funkcjonowaniem tłumaczeń późniejszych, musieliby zmierzyć się z rzeczywistością, że miliardy godzin nauki języków i miliardy dolarów włożone w niedokładne tłumaczenia są marnowane każdego roku z powodu odmowy rozważenia, co można by zyskać, przyjmując esperanto jako ogólnoświatowy język pomocniczy.

Duża liczba ludzi nawet nie chce spojrzeć na te fakty. Zgodnie z Pironem, cierpią oni na neurozę. Nie jest to neuroza na poziomie pojedynczych osób, lecz raczej neuroza psychosocjalna, którą Piron nazywa syndromem wieży Babel. Jak każda neuroza, szybko by zniknęła, jeśliby ci, którzy na nią cierpią, bezpośrednio stawili czoła temu, co wywołuje u nich lęk. Jak każda neuroza, broni się ona, utrzymując się na poziomie podświadomości. Jak wiele neuroz pociąga za sobą olbrzymie koszty. 

 

Rozdział 24: Unikalny język dla całego świata


La letero al prizorganto de la Edukada Servo

Via email: (se vi volas ricevi respondon)
La temo:
Atenton: ← Enskribu la vorton  ilo  , alie la letero pereos

Skribu la leteron sube (ne pli ol 2048 literoj).

La nombro de literoj por uzado: 2048


I Liceum Ogólnokształcące
im. Kazimierza Brodzińskiego
w Tarnowie

(C)2017 mgr Jerzy Wałaszek
GNU Free Documentation License.