obrazek

Przemowa dokonana podczas Międzynarodowego Tygodnia Wiosny w Bonn 3-iego kwietnia 2007 roku oraz podczas Dnia SES w Genewie 28-ego tego samego miesiąca i roku.

 

Dlaczego zainteresowałem się afazją

Niech najpierw wyjaśnię powody mojego zainteresowania się afazją w powiązaniu ze światowym problemem językowym i z esperanto. Afazja jest chorobą, na którą składa się to, że człowiek poprzednio mówiący przestaje oto potrafić wyrażać się gładko i normalnie. W niektórych przypadkach utrata mowy jest całkowita, w innych tylko częściowa. O przyczynach i objawach powiem później. Teraz chcę jedynie powiedzieć, dlaczego ta sprawa zaczęła się mi wydawać interesująca dla esperantystów.

Jak wiecie, jestem psychologiem i psychoterapeutą. Jedną z rzeczy, które wykonuję zawodowa, jest przyjmowanie ludzi, głównie młodych, pracujących lub rozpoczynających pracę w tej lub w innej dziedzinie psychologii i pomaganie im w wypełnianiu ich obowiązków zawodowych. Zwykle nazywa się tę działalność kontrolą lub nadzorowaniem; w rzeczywistości chodzi o pomoc kogoś doświadczonego dla kogoś niedoświadczonego poprzez ponowne przejrzenie sposobu, w jaki jeszcze niedoświadczony profesjonalista potraktował ten czy inny przypadek. Konkretnie, sprawy mają się następująco. Dana osoba przychodzi do mnie raz lub dwa razy każdego tygodnia i opisuje, w jaki sposób potraktowała czy to pojedynczy przypadek, czy kilka, w zależności od umowy pomiędzy nami. Cel tych czynności jest potrójny.

Po pierwsze, słuchając, co koledzy – zwykle młodzi koledzy – opowiadają o tej osobie, którą się zajmują, mogę pomóc im lepiej zrozumieć ten przypadek. W rzeczywistości, nawet jeśli nic nie powiem, pojawi się lepsze zrozumienie, po prostu dlatego, że kiedy się zdaje sprawę z tego, zo zaszło, osiąga się czystszy widok na sprawę.  Już prosty fakt konieczności wyrażenia słowami swoich przeżyć pomaga je lepiej zrozumieć. Lecz oprócz tego, ponieważ posiadam wieloletnie doświadczenie w takich przypadkach, często zauważam coś, co umknęło uwadze młodego psychologa lub z czego wyciągnął on złe wnioski, albo zauważam, że przeoczył on potrzebę zasięgnięcia informacji na temat tego czy innego punktu, aby otrzymać jaśniejszy obraz całości przypadku, itd. Często również rozumiem sprawy, których ten drugi nie zrozumiał z powodu zbytniej bliskości z pacjentem. Aby dobrze objąć rozumem złożony przypadek, należy spojrzeć na niego z pewnego dystansu.

Drugą zaletą tego układu jest to, iż gdy się znajdujesz na pierwszej linii frontu, to nie masz czasu przemyślenia wszystkiego, musisz działać bardzo szybko, a dobrze jest później jeszcze raz przemyśleć całą sprawę i powiedzieć komuś innemu, co się wydarzyło, aby lepiej uświadomić sobie ewentualne błędy lub pomyśleć o innej, być może lepszej metodzie działania. W rzeczywistości, chociaż wiele osób nie wie, że w ogóle istnieje to ponowne opisanie pracy psychologicznej bardziej doświadczonemu koledze, jest ono faktycznie głównym źródłem zrozumieniem tego, co należy lub co można zrobić. Za pomocą tej konsultacji z bardziej doświadczonym kolegą uczy się zawodu. Głównie uczy się o sobie samym.  Odkrywa się nagle, w jaki sposób własna złożoność, własne problemy, własne cechy charakteru odgrywają rolę w sposobie podejścia do danego przypadku, a czasami się żenująco się do niego wślizgują. A ta nauka o sobie samym jest ważnym aspektem pracy psychologicznej, a głównie psychoterapeutycznej. Na przykład, jeśli nie zauważyłeś, że rozmawiałeś z pacjentem bardziej w celu wywarcia na nim wrażenia, zaimponowania mu niż aby mu pomóc w osiągnięciu lepszego, psychicznie bardziej zdrowego życia, to wiele będzie sfuszerowane w wyniku twoich rozmów lub w stosunku do pacjenta. Zauważenie, że pracuje się tak partacko, wymaga, aby ktoś z zewnątrz zrozumiał to i wyjaśnił ci, ponieważ człowiek zwykle nie lubi bezpośredniej konfrontacji ze swoimi własnymi brakami, a ludzka psychika posiada wielki zasób bardzo efektywnych taktyk unikania zobaczenia tego, co ją niepokoi.

Po trzecie, to zdawanie sprawy o tym, co się wydarzyło pomiędzy pacjentem a "psychologiem", jest często użyteczne, ponieważ zakres odpowiedzialności, powaga przypadku, znaczenie koncentracji niezbędnej do pomocy mocno cierpiącemu człowiekowi, człowiekowi w sytuacji na pozór bez wyjścia, powoduje strach lub innego rodzaju napięcia, z których częściowo można się wyzwolić poprzez rozmowę z wyrozumiałym, kompetentnym, bardziej doświadczonym kolegą. Młody psycholog czuje się mniej samotny. Jest ktoś, kto pomaga, wspiera, radzi, a to jest ważne do zachowania swojej równowagi psychicznej, gdy ciągle staje się przed trudnymi sytuacjami o dużej odpowiedzialności.

Spośród kolegów, z którymi odgrywam tę rolę, przychodzi do mnie już prawie rok młody logopeda. Właściwie to jest to kobieta. Jej praca odbywa się z osobami, które mają problem z wyrażaniem się. Mogą to być dzieci, które z powodu czegoś nieprawidłowego przy porodzie mają defekt mózgu i które nigdy nie będą mówiły, lecz którym można pomóc wyrażać się w inny sposób niż ustnie; mogą to być ludzie, u których doszło do wylewu krwi w mózgu i zostali mniej lub bardziej rozlegle sparaliżowani, tracąc jednocześnie umiejętność wyrażania się, czy to częściowo, czy całkowicie, mogą wystąpić wszelkiego rodzaju problemy związane z umiejętnością dobrego mówienia.

Faktycznie pracuje ona w dwóch instytucjach, jednej dla dzieci, a drugiej dla dorosłych, którzy posiadają problemy zdrowotne o przyczynie leżącej w mózgu.

Zupełnie nie znam się na istniejących technikach pomocy ludziom w mówieniu. Więc nie w tym mogę jej pomóc. Ona zna dobrze i dogłębnie swoją dziedzinę, a ja mam na ten temat jedynie minimalną wiedzę. To, co ona oczekuje ode mnie, wiąże sie z dwoma aspektami jej pracy. Jednym jest relacja z pacjentem, z punktu widzenia zmysłowego, emocjonalnego. W tym punkcie chodzi o postawy, które mogą pomagać lub przeszkadzać, o sposób mówienia, działania, aby stworzyć jak najbardziej efektywną relację z pacjentem. A drugim jest wspieranie jej. Ludzie, których prowadzi do odzyskania umiejętności mówienia, często tyle cierpią lub tak nieprzyjemnie reagują, że nie jest łatwo ich znieść wszystkich jednego po drugim w ciągu pełnego dnia roboczego. Ta praca wymaga odporności nerwowej, pogody ducha oraz innych pięknych cech, których utrzymanie przez cały dzień odbywa się jedynie kosztem dużego przemęczenia. Pod koniec tygodnia jest wyczerpana. A dzielenie się napięciami, opowiadając o nich komuś, kto wystarczająco rozumie, co przeżyła, i pokazuje swoje zrozumienie przez właściwe reakcje, jest jakby nabraniem w płuca powietrza u kogoś, kto prawie się udusił. Według mnie ona pracuje bardzo dobrze i bardzo ją podziwiam.

Jej praca ze mną jest więc tym czynnikiem, który spowodował, że zacząłem patrzeć na ogólnoświatowy problem językowy z punktu widzenia afazji.

Inne przykłady

Lecz gdy zacząłem rozważania w tym kierunku, przypomniały mi się inne przykłady, które przeżyłem zanim zacząłem konsultacje z tą młodą kobietą zajmującą się logopedią. Na przykład, przyszła mi na myśl dziewczynka, którą swojego czasu znałem, a która zaczęła mówić dopiero w wieku dwunastu lat. Przez dwanaście lat nie mówiła. Było jasne, że rozumie, co się do niej mówi, lecz nigdy żadne słowo nie wydobyło się z jej ust. Gdy zadawano jej pytanie, nie odpowiadała ani ruchem głowy, ani innym gestem (później w końcu pisemnie). Naturalnie rodzice byli bardzo przerażeni tym dziwnym zachowaniem. Konsultowali się ze wszelkiego rodzaju specjalistami, lecz żaden nie potrafił zrozumieć, dlaczego ona nie mówi. Przecież wcale nie była głucha. Również nie była upośledzona umysłowo, jej inteligencja nie odbiegała od normy. Wszystko fizycznie było normalne. A mimo to nie mówiła.

Lecz najdziwniejsze jest to, że nagle w wieku dwunastu lat przemówiła. I przemówiła doskonale. Przez dwanaście lat nic nie mówiła, a oto zaczyna się wyrażać słownie, a słowa wymawia doskonale, nie robi więcej błędów gramatycznych od innych dwunastolatków i posiada zasób słownictwa równy wszystkim dziewczynkom w jej wieku (co jest normalny, przecież czytała książki i gazety). Przez jedną noc przeszła od niemoty do pełnego opanowania języka i wymowy. Nigdy nie zrozumiano, co było przyczyną tej pozornej niemoty. Bez wątpienia, była ona czysto psychologiczna.  Można ją wyrazić, mówiąc, że odmawiała mówienia. Lecz dlaczego? I dlaczego zmieniła swoją decyzję? To tylko ona wie. Albo być może nawet ona sama nie wie. Wiele w człowieku jest nieświadomego. A ponieważ praca z nieświadomą częścią psychiki jest moim głównym zajęciem, nic mnie w tej dziedzinie nie dziwi.

Interesującym aspektem tego przypadku jest to dziwne stwierdzenie, że można nauczyć się mówić bez ćwiczenia się w tym. Lub czy ona skrycie ćwiczyła się? Czy w nocy, leżąc w swoim łóżku, chowała się pod kołdrę i ćwiczyła swój język, swoje podniebienie, swoje gardło, swoje struny głosowe? Nie wiemy.

Lecz że nasz mózg jest w stanie nauczyć się czegoś podobnego bez konkretnych ćwiczeń, tego dowiedziałem się przez inny przypadek. W rzeczywistości chodzi o sąsiadów, którzy byli najbliższymi przyjaciółmi naszej rodziny, gdy mieszkaliśmy w Coppet. Ich ogród stykał się z naszym. Bardziej bliscy nie moglibyśmy być. On był Amerykaninem, a ona Francuzką. Pewnego razu, gdy on już odszedł na emeryturę, chciał wymienić szybę w oknie dostarczającym światła na schody prowadzące do piwnicy. Potrzebował drabiny, aby sięgnąć miejsca, gdzie należało wstawić nową szybę, lecz oczywiście postawienie drabiny w równowadze na schodach nie jest łatwe, może być niewykonalne; nie wiem, jak zawodowcy sobie radzą w takiej sytuacji. Jak by nie było, nie udało mu się porządnie ustawić drabiny i, gdy trzymał szybę obiema rękami, przewrócił się do tyłu, a spadając, uderzył mocno karkiem o ścianę i dotkliwie się poranił. W rzeczywistości poważnie został uszkodzony mózg. Przez pewien czas nawet nie było jasne, czy uda mu się przeżyć. Przeżył, lecz uraz, uszkodzenie w mózgu było tak dotkliwe, że już nigdy więcej nie potrafił zachowywać się jak dorosły. Jego umiejętności zostały zredukowane do poziomu pięcio- lub sześcioletniego chłopca. Lecz dziwne jest to, że kiedy od nowa zaczął mówić, absolutnie nie miał już mocnego  amerykańskiego akcentu, który posiadał wcześniej, gdy mówił po francusku. Zawsze dobrze mówił po francusku, używając właściwych słów oraz poprawnej gramatyki, lecz z bardzo silnym amerykańskim sposobem wymawiania. Po wypadku mówił jak rodzony Francuz. To dowodzi, że jego mózg zgromadził wszystkie informacje konieczne do mówienia jak Francuz, w jakiś sposób przyswoił sobie, jak właściwie układać język, jak dotykać nim podniebienia lub zębów, jak kontrolować przepływ powietrza, itd. Wszystko to jego mózg zarejestrował i przechował w sobie. Lecz dlaczego wcześniej mówił bez korzystania z tych informacji? A jak można używać ich poprawnie bez ćwiczenia się? Przy dwunastoletniej dziewczynce, którą omówiłem wcześniej, można przypuszczać, że skrycie ćwiczyła się. Lecz przy tym mężczyźnie zupełnie nie da się tego zrobić. Działanie człowieka, a głównie jego mózgu, jest pełne tajemnic.

Własne, najbardziej przerażające doświadczenie

Lecz nie tylko te przypadki zmusiły mnie do zrewidowania mojej opinii na problem językowy i spojrzenia na niego z punktu widzenia afazji. Jak sami natychmiast łatwo zrozumiecie, również mój własny przypadek odegrał tu ważną rolę. W swoim życiu wielokrotnie znajdowałem się w przerażających sytuacjach, o krok od śmierci, lecz najbardziej przerażającymi chwilami były te, które teraz wam opiszę.

Zdarzyło się to wtedy, gdy byłem ogromnie zmęczony. Właściwie, wyczerpany. Przez kilka tygodni miałem zbyt wiele zadań w różnych stowarzyszeniach, za które odpowiadałem, zbyt wiele problemów oraz spotkań w mojej pracy pedagogicznej na uniwersytecie, także o wiele za dużo bardzo ciężkich przypadków w pracy terapeutycznej. Zatem byłem wyczerpany. A oto musiałem jechać do Lozanny jako świadek w procesie sądowym, w który był zamieszany jeden z moich byłych pacjentów. Zwykle, aby pojechać do Lozanny, która znajdowała się około czterdzieści kilometrów od mojego ówczesnego miejsca zamieszkania, użyłbym samochodu. Lecz tamtego popołudnia czułem się tak zmęczony, tak wyczerpany nerwowo, że powiedziałem do mojej żony: "Tym razem nie podoba mi się pomysł kierowania samochodem, nie ufam sobie, jestem taki śpiący, że ryzykowałbym spowodowanie wypadku, wolę pojechać pociągiem". Więc pojechałem tam pociągiem. Gdy przybyłem do budynku sądu, woźny poprosił mnie, abym poczekał. "Proszę usiąść tutaj", powiedział, "zawoła się Pana". Zatem siedziałem w poczekalni. Siedziałem, siedziałem, siedziałem i nic się nie działo. Gdybym był w swoim normalnym stanie, na pewno poszukałbym kogoś i zapytał, co się dzieje, lecz byłem tak słaby, że nie czułem ochoty ruszyć się ze swojego stołka. W końcu około godziny 18-tej przyszedł ten sam woźny i rzekł do mnie: "Co Pan tu robi?". Odpowiedziałem: "Ano, prosił mnie Pan zaczekać aż mnie zawołają. Przyszedłem na rozprawę taką a taką, jako świadek." – "Och, przepraszam," powiedział wtedy, "Ta rozprawa została odroczona. Sędzia zajmie się nią dopiero za dwa tygodnie. Musieli Pana przeoczyć." Byłem wściekły, że zmuszono mnie do straty całego popołudnia, lecz byłem tak zmęczony, że moja złość nie była w stanie się wyrazić na zewnątrz. Czułem w sobie konflikt, napięcie pomiędzy tą częścią mnie, która szalała i chciała okazać swoją złość, a zbyt zmęczonym systemem nerwowym, który na ten cel nie potrafił dostarczyć niezbędnych gestów  i słów. Więc wróciłem na dworzec i pojechałem z powrotem do domu.

Moja żona czekała na mnie z kolacją. Zaczęliśmy jeść i rozmawialiśmy ze sobą, jak zwykle w takiej sytuacji. Lecz w pewnej chwili – w bardzo przerażającej chwili – chciałem powiedzieć coś dokładnego, lecz stwierdziłem, że nie potrafię. Moje usta odmówiły współpracy. Zamiast wymawiać słowa, które chciałem z siebie wydobyć, słyszałem jedynie "boua boua boua" lub coś podobnego. Oczywiście natychmiast pojawił się straszny lęk. Widziałem, że moja żona siedząca naprzeciwko patrzy na mnie z wyrazem przerażenia na twarzy. Na pewno pomyślała to samo co ja: "Uszkodzenie mózgu, apopleksja lub coś podobnego".

Wtedy przeżyłem coś bardzo dziwnego. Rozdwoiłem się. Rozdzieliłem się na dwie części. Część mnie była jak przerażone dziecko, które myślało: "Już nie będę normalny, coś się we mnie popsuło, może już nigdy nie będę w stanie się wyrażać, jakie będzie od teraz moje życie?" A druga część mnie reagowała jak zawodowiec. Oczywiście uczyłem się o afazji i tym podobnych rzeczach, gdy uczyłem się o mózgu w czasie studiów. Więc część mnie chłodno, racjonalnie analizowała sytuację. Obok przerażonego, trzęsącego się ze strachu dziecka, czując jego wszystkie emocje, siedział rozważny profesjonalista. W kilka sekund ta część mnie dokonała całego ciągu obserwacji, rozumowań, testów i wnioskowań, jak zwykle robi się to przy diagnozie. Pomyślałem: "Wiem, co chcę powiedzieć. Zdanie, które chcę wymówić, tkwi zupełnie jasno w moim mózgu, można by powiedzieć: jest ładnie zapisane na ekranie mojego mózgowego komputera. Wiem, co chcę powiedzieć, znam te słowa oraz gramatykę. Język mnie nie opuścił. Zatem ośrodek władania językiem w moim mózgu nie jest naruszony. Również nie jest naruszona moja zdolność do jasnego myślenia i rozumowania. Stwierdzam, że moja pamięć wszystkiego, co studiowałem na temat takich przypadków, jest kompletna. Mogę z niej korzystać, aby kierować tym i tym oraz osiągnąć wiarygodne wnioski z moich hipotez. Jedynie nie działa część ruchowa mowy. Wydaję polecenia swoim ustom, gardłu, językowi, płucom, lecz mnie nie słuchają. To tak jak w samochodzie, w którym kierownica normalnie się skręca, koła nie są uszkodzone, lecz układ przeniesienia ruchu od kierownicy do kół nie działa, zatem nieważne jak się skręci kierownicę, koła jej nie słuchają."

Być może przez pięć minut tak rozumowałem i obserwowałem, co się we mnie dzieje, z jednej strony ogromnie przerażony, a z drugiej jasno myślący. A po tych pięciu minutach nagle znów potrafiłem mówić. Na twarzy mojej żony pojawiła się ogromna ulga. A pewnie i na mojej też. I mogłem całkiem normalnie opowiedzieć, co właśnie przeżyłem. To, co się wydarzyło, najprawdopodobniej było spowodowane naczyniem krwionośnym w tej części mojego mózgu, która zarządza ruchami narządów mowy, naczynie nie pękło, lecz chwilowo się zacisnęło, wstrzymując dopływ krwi do tego regionu, tak że dana część mózgu na kilka minut przestała działać.

Od tego dnia mój stosunek do upośledzonych uległ zupełnej zmianie. Teraz wiem z własnego doświadczenia, że można wyglądać jak zupełny idiota – tak sam wyglądałem przez te kilka minut – a mimo to posiadać umysł, który intelektualnie działa doskonale.

 

Objawy afazji

Teraz wróćmy do pojęcia "afazja". Fachowcy w tej dziedzinie odróżniają mowę od języka. Jeśli ktoś z trudem artykułuje lub wymawia, mówi się: "Problem leży na poziomie mowy". Gdy ktoś z trudem odszukuje pożądane słowo, z trudem łączy słowa w zdania lub nawet z trudem rozumie znaczenie czegoś powiedzianego lub napisanego, mówi się: "Zaburzenie leży na poziomie języka".

 

Główne symptomy afazji są następujące:

1. Brak potrzebnego słowa, nie przychodzi nam ono na myśl. Jest to podobne do sytuacji, gdy szukamy się nazwiska osoby i nie możemy go znaleźć, jednak czujemy, że leży ono gdzieś blisko. W takim przypadku po polsku mówimy: "To nazwisko mam na końcu języka". Właściwe nazwisko nie przybiera kształtu w naszym mózgu, lecz posiadamy niedokładne, mgliste pojęcie o nim. Mówimy: "Jak do diabła ten tam się nazywa?" I myślimy: "Prawie je znalazłem". Czasami wręcz "To nazwisko jest na taką a taką literę". Lecz faktycznie nie udaje się nam go znaleźć. W podobnej sytuacji ludzie dotknięci afazją często po prostu rezygnują. Nie kończą zdania, które właśnie zaczęli. Chodzi tutaj nie o zaburzenia pamięci, lecz o trudność znalezienia czegoś, co gdzieś się w pamięci znajduje, lecz nie wiadomo gdzie. Poszukiwane słowo może później ponownie pojawić się bez problemów w innej sytuacji.

2. Wyrażanie się maleje. Osoby dotknięte afazją mało wyrażają się. Zostaje zredukowana liczba wypowiadanych słów. Często odpowiadają na pytanie po prostu "tak" lub "nie". Szukają swoich słów i często nie udaje się im utworzyć zdania. Tak samo trudno może im być pisać. Niektórzy potrafią zapisywać tylko swoje nazwisko lub jedynie kilka liter.

3. Wymowa nie jest normalna. Może być nieprecyzyjna lub zbytnio akcentowana. Ogólnie osoby te mówią wolno. Często trudno je zrozumieć, ponieważ dźwięki są nieodpowiednie lub artykulacja nie jest wystarczająco czysta. Niektórzy, z czym się spotkałem, zupełnie nie potrafią wypowiadać słów lub zdań: usta nie są w stanie słuchać rozkazów umysłu, tworzą dźwięki, lecz dziwne – w badanych przeze mnie przypadkach były one przytłumione – zupełnie inne od tych, które chce wydobyć z siebie ta osoba.

4. Sporadycznie cierpiący na afazję przekręcają słowa. Na przykład mówią "szukam moich okuparów" zamiast "szukam moich okularów" lub zmieniają położenie fonemów słowa.

5. Osoby chore na afazję mają problemy z rozumieniem, co się do nich mówi, nawet jeśli bardzo dobrze słyszą. To samo może dotyczyć czytania. Chorzy mogą nie rozumieć pisanych tekstów.

Czy te cechy nie przywołują na myśl czegoś dobrze znanego? Są dokładnie takimi samymi cechami jak te, które można zaobserwować u siebie, gdy znajdujemy się w środowisku obcojęzycznym. Szukamy wtedy właściwego słowa mogącego wyrazić zupełnie jasne pojęcie, które mamy w głowie. Robimy błędy gramatyczne. Mniej się wyrażamy. Mamy skłonność odpowiadania przez tak lub nie, a w celu uproszczenia sytuacji, odczuwanej jako ogromnie skomplikowana, wymagającej zbyt dużego wysiłku umysłowego, rezygnujemy z powiedzenia wszystkiego, co bylibyśmy skłonni powiedzieć. Wymawiamy nienormalnie. Używamy nieodpowiednich słów. Źle rozumiemy.

Według mnie można śmiało powiedzieć, że kiedy ludzie znajdują się w środowisku, gdzie mówi sie językiem innym od ich ojczystego, zachowują się jak chorzy na afazję, czy to pozostając zupełnie niemi i bez zrozumienia, czy też z ogromnie zredukowanym i często nieprawidłowym sposobem porozumiewania się.

Niektórzy być może odbiją cios, twierdząc, że słowo "afazja" używa się tylko w przypadkach, kiedy dana osoba poprzednio potrafiła się porozumiewać i utraciła tę umiejętność, natomiast w przypadku środowiska obcojęzycznego nigdy nie istniała wcześniej umiejętność mówienia. Lecz przecież ta umiejętność istniała wcześniej! Gdy dane osoby przebywały w swoim kraju, w swojej rodzinie, ze swoimi przyjaciółmi, wyrażali się całkiem dobrze. Usprawiedliwione jest więc mówienie o utracie umiejętności porozumiewania się związanej z przejściem granicy językowej. Poprzednio na swoim terenie potrafili oni porozumiewać się językowo. A oto w nowym środowisku już tego nie potrafią, utracili tę umiejętność. To tak samo jak u osób dotkniętych afazją.

 

Przyczyny

Tym, co odróżnia sytuację kogoś, kto znajduje się w środowisku obcojęzycznym, od innych przypadków afazji, jest przyczyna. Lecz afazja jest dziedziną bardzo obszerną i skomplikowaną. Łączy różne przyczyny.

Na przykład, istnieje afazja, którą powoduje wada fizyczna, termin fachowy to afazja "somatogenna". W tym przypadku przyczyną utraty zdolności mówienia jest coś fizycznego w mózgu, co uległo uszkodzeniu z powodu choroby lub wypadku. Wystąpił uraz, wystąpiło uszkodzenie, na przykład pękło naczynie krwionośne lub zaczopowało się, albo pojawił się guz uciskający komórki nerwowe, neurony, co przeszkadza im normalnie funkcjonować, albo wystąpiło jakieś inne konkretne zdarzenie fizyczne, cielesne, które uniemożliwia normalne funkcjonowanie części mózgu władającej umiejętnością mówienia lub rozumienia. To jest ta postać afazji, o której najczęściej się mówi.

Lecz istnieje również afazja na podłożu psychicznym. Dziewczyna, o której mówiłem poprzednio, która przez dwanaście lat nie wypowiedziała ani jednego zdania, ani jednego słowa, chociaż jej mózg, wszystkie narządy mowy i cały system nerwowy działały doskonale, a chociaż była normalnie inteligentna, stała się w tym okresie osobą chorą na afazję tylko z powodu własnej decyzji lub w reakcji psychologicznej na coś, o czym nie mamy żadnego pojęcia. Istnieje wiele podobnych przypadków. Na przykład dziecko, które mówiło zupełnie normalnie, może przestać wyrażać się po tym, jak zostało wykorzystane seksualnie. Atak ten jest czymś tak niezrozumiałym, raniącym, niszczącym i obwiniającym – jest to ten punkt, który zawsze najbardziej mnie zadziwiał, mianowicie to, że człowiek wykorzystany seksualnie, zatem ofiara, zamiast czuć się ofiarą lub nawet czując się nią, mimo to odczuwa winę, chociaż absolutnie tego nie pożądała ani nie odczuwała z tego przyjemności – zatem atak ten może być tak niezrozumiałym i obwiniającym, że ofiara przestaje mówić. Szok był zbyt duży. Nie daje się mówić. Nie daje się wyrażać. Zatem rezygnuje się z wyrażania się. Coś podobnego może pojawić się po bombardowaniu lub podobnych zdarzeniach wojennych. Wiele dzieci w Iraku przestało mówić, ponieważ przeżyło coś niewypowiedzialnego. W takich przypadkach mówi się o afazji o podłożu psychicznym. Zwykle nie jest ona określona, lecz czasami jest.

 

Trzeci typ: afazja o podłożu społecznym

Mam hipotezę, że istnieje trzeci typ afazji, której nikt, wg mojej wiedzy,  nigdy nie opisał jako przynależącej do dziedziny afazji. Nazywam ją "afazją o podłożu społecznym", ponieważ jej przyczyna leży w sposobie organizacji społeczeństwa.

Moje rozumowanie jest następujące. Ludzki mózg jest zaprogramowany tak, aby ludzie mogli się wyrażać językowo i w ten sposób porozumiewać, rozumieć wzajemnie. Wszyscy się zgodzą, że jest to uważane za coś normalnego. Kiedy dziecko, jak ta dwunastolatka, o której mówiłem poprzednio, rośnie, rośnie i po kilku latach wciąż jeszcze nie zaczęło mówić w wieku, w którym większość rówieśników potrafi się wyrażać, wszyscy mówią: "To jest coś nienormalnego".

Teraz przyjrzyjmy się, co się dzieje, gdy, przykładowo, Japończyk próbuje porozumiewać sie z Czechem. W naszych czasach zwykle spróbują rozmawiać po angielsku. Lecz faktycznie porozumiewają się jak osoby dotknięte afazją.

Dobry opis tego rodzaju niepoprawnego porozumiewania się swojego czasu przedstawił amerykański dziennikarz Barry Newman w artykule pod tytułem "World Speaks English, Often None Too Well; Results Are Tragicomic", (Świat mówi po angielsku, często nikt zbyt dobrze; wyniki są tragikomiczne) w The Wall Street Journal, tom LXXVI, nr 110, 22-gi marca 1995. Prezentuje on rozmowę pomiędzy dyrektorem Daihatsu-Auto w praskiej filii tej firmy z jej czeskimi współpracownikami. Ciągle okazuje się, że rozumieją się wzajemnie z dużą trudnością. Lecz każdy z nas z pewnością uczestniczył w takich wymianach zdań pomiędzy osobami z różnych krajów, które próbują porozumiewać się po angielsku, a idzie to bardzo opornie lub wcale. W książce Wyzwanie językowe opisałem rozmowę, którą słyszałem w kawiarni pomiędzy młodą Holenderką a Francuzką w tym samym wieku, które obie jeździły rowerami po tej okolicy. Próbowały porozumieć się po angielsku, lecz ich angielszczyzna zupełnie przypominała język niezbyt ostro dotkniętego afazją. W takich sytuacjach spostrzega się coś takiego:

– Ciągle brakuje potrzebnego słowa, nie przychodzi ono na myśl, a rozmówcy muszą gestykulować lub używać skomplikowanych wyrażeń zastępczych w celu wyjaśnienia, o co im chodzi.

– Często występuje na twarzy wyraz oznaczający, że chcieliby coś powiedzieć, lecz natychmiast okazuje się, że rezygnują. Jak najczęściej odpowiadają za pomocą słów tak lub nie. Na twarzy często widać wyraz zdenerwowania, gdy zaczynają mówić i natychmiast zdają sobie sprawę, że brakuje im słów. Czasem znajdują te słowa, lecz nie udaje się im stworzyć z nich zrozumiałego zdania.

– Wymawiają nieczysto, nie potrafią wydobyć właściwych dźwięków. Mówią wolno. Często drugi rozmówca nie rozumie, ponieważ artykulacja nie jest prawidłowa dla wielu dźwięków, jak angielskiego /th/ lub grupy spółgłosek na końcu słowa, jak w first, asks, acts, posts itd.  W takich przypadkach na przykład Japończyk często dodaje samogłoski. Wymówienie jednym tchem trzech następujących po sobie spółgłosek na końcu słowa jest bardzo trudne dla większości ludzi.

– Czasami nieprawidłowo używają spółgłosek lub samogłosek. Na przykład Japończyk, Chińczyk lub Wietnamczyk mówi stin zamiast still, berry zamiast very, i wymawia accent zamiast accept, a caught zamiast coat.

– Względnie często źle rozumieją to, co właśnie powiedzieli.

Jak zobaczyliśmy wcześniej, są to typowe objawy afazji. Zatem wolno o niej mówić w tym przypadku. Lecz, oczywiście, przyczyną tej afazji nie jest ani coś fizycznego w mózgu, ani coś psychologicznego, chociaż prawdopodobnie częściowo chodzi o rzecz psychologiczną. Ludzie ci nie są siebie pewni, nie są pewni swojego opanowania tego języka, a ten brak pewności siebie jest czynnikiem psychologicznym, który komplikuje problem. Jednak główna przyczyna tej afazji nie leży w problemie natury cielesnej, mózgowej czy psychicznej. Leży w sposobie, w jaki nasze społeczeństwo na skalę ogólnoświatową podchodzi do problemów językowych.

 

Istnieją osoby różnej narodowości, które nie zachowują się jak chorzy na afazję

A tego dowodzi porównanie z innymi osobami, całkiem podobnymi społecznie, etnicznie, zdrowotnie, intelektualnie, którzy nie ujawniają zespołu objawów afazji. Zaobserwujcie, jak porozumiewają się obcokrajowcy w tym samym wieku i o tej samej pozycji społecznej, którzy spotykają się podczas kongresu esperanto, jeśli należą do grupy zwanej przez prof. Pierre Jontona "dojrzałymi esperantystami", zatem są to ludzie z doświadczeniem w świecie esperanckim, wielokrotnie uczestniczący w imprezach esperanckich.

Jest zrozumiałe, że czasami nie znajdują właściwego słowa, lecz o wiele rzadziej od tych, którzy tak samo długo studiowali inny język komunikacyjny. Znacznie mniej często muszą oni gestykulować lub tworzyć wielosłowne tłumaczenia do wyrażenia pożądanych rzeczy. Mówią o wiele więcej od tych, którzy używają angielskiego, i formułują bardziej kompletne odpowiedzi. Rzadziej widzi się na ich twarzach wyraz rezygnacji lub frustracji z powodu niemożności wyrażania się. U Japończyków i Chińczyków występuje problem z wymawianiem /r/ i /l/, lecz to rzadko powoduje zamieszanie, a zwykle wymawiają wystarczająco czysto. Nigdy nie muszą się potykać o słowa kończące się bezpośrednim ciągiem spółgłosek, ponieważ w esperanto prawie każde słowo w zdaniu kończy się samogłoską, półsamogłoską /n/ lub /s/, które są dźwiękami dającymi się odnaleźć na końcu słów w prawie każdym języku świata, łącznie z japońskim. To prawda, że Japończyk od czasu do czasu myli spółgłoskę, na przykład może wymawiać /bendo/ zamiast /vento/, lecz w porównaniu z rodakiem, który próbuje wyrażać się po angielsku, te przypadki są ogromnie rzadkie. Oprócz tego nigdy nie mylą samogłosek. Praktycznie zawsze rozumieją, co inni do nich mówią.

Innymi słowy, chociaż istnieje kilka śladów afazji w sytuacji języka esperanto, zupełnie nie chodzi o tak mocną afazję, jak w sytuacji, kiedy dwoje ludzi próbuje porozumiewać się po angielsku. To porównanie umożliwia nam zupełnie naukowo twierdzić, że afazja tych, którzy próbują się wyrażać po angielsku, nie jest czymś nieuniknionym, wpisanym w geny człowieka lub w sposób, zgodnie z którym rozwinął się ich mózg, jest ona związana tylko z wyborem języka do porozumiewania się.

A z jakiego powodu ludzie źle mówiący po angielsku wybrali nieodpowiedni język do porozumiewania się? Często tak na prawdę oni nie dokonali wyboru. Społeczeństwo zorganizowało komunikację językową na skalę światową w taki sposób, że ten inny system nie jest znany i się go nie proponuje. Zatem ludzie robią to, do czego zmusza się ich w szkole. Rzeczywiście, w Japonii, w Korei i w Chinach wielu ludzi zaczyna naukę angielskiego już w szkole podstawowej, zwykle w czwartej lub w piątej klasie, a dalej uczy się go aż do szkoły średniej i po dziesięciu latach nauki języka angielskiego przy trzech lub czterech godzinach tygodniowo, zatem po mniej więcej 1500 godzinach trudu, potrafi używać go tylko jak chorzy na afazję, jak ludzie, którzy utracili zdolność mówienia (lub czytania albo pisania).

Fakt, iż ludzie, którzy przeznaczyli co najmniej 50 a zwykle mniej niż 200 godzin na podstawową naukę esperanto, a później mieli okazję poćwiczyć i w efekcie porozumiewają się jak ludzie zdrowi umysłowo i psychicznie, a nie jak chorzy na afazję, dowodzi, że za afazję odpowiada wybrany język, a nie jakaś inna przyczyna.

Możemy zatem powiedzieć, że ogólnoświatowe społeczeństwo zorganizowało się w ten sposób, aby ludzie nie potrafili się normalnie porozumiewać pomiędzy narodami, pomiędzy kulturami. A to stawia bardzo ważne pytanie. Dlaczego ono to robi?

Odpowiedź jest złożona. Obejmuje czynniki polityczne, społeczne i psychologiczne.

 

Czynniki polityczne w patologicznej organizacji społeczeństwa w dziedzinie językowej

Wśród czynników politycznych można przytoczyć działanie francuskiego rządu, gdy sprawa języka esperanto została przedłożona Lidze Narodów w latach 1920-tych. Zaatakowano wtedy mocno chorobę "afazji o podłożu społecznym" przez propozycję wprowadzenia nauczania języka esperanto we wszystkich szkołach na świecie. Lecz rząd francuski zadziałał bardzo energicznie, aby ta propozycja nigdy nie została zastosowana. Ze sukcesem. Cały świat o niej zapomniał.

Tak samo rządy amerykański i brytyjski działają zupełnie jasno, aby wszyscy uwierzyli, iż nie istnieje inne rozwiązanie problemu językowego – innymi słowy, że nie warto nic innego robić w celu uzdrowienia świata z afazji o podłożu społecznym – od nauczania i używania języka angielskiego w jak najszerszym zakresie. Szczegóły tej polityki, często ukryte i subtelne, możecie przeczytać w książkach takich jak te napisane przez Roberta Phillipsona Linguistic Imperialism ('Imperializm Językowy') lub English Only Europe ('Europa tylko z językiem angielskim') lub po francusku w książce Yvesa Eudesa La conquête des esprits ('Podbój umysłów'). Tyle o aspekcie politycznym.

 

Czynniki społeczne

Wśród czynników społecznych można przytoczyć fakt, że kiedy grupa ludzi posiada przywilej, działa w kierunku utrzymania go. A zatem, obecnie można by powiedzieć, że w dziedzinie komunikacji ludzkość jest podzielona na dwie grupy: są tacy, którzy mają opanowany język angielski, oraz tacy, którzy nie opanowali tego języka. W rzeczywistości ta sytuacja jest bardziej skomplikowana, ponieważ grupa władających językiem angielskim faktycznie dzieli się na cały szereg podgrup według poziomu umiejętności używania go. Są tacy, którzy znają język prawie doskonale. To są ludzie, którzy studiowali przez cztery lub pięć lat na uniwersytecie anglojęzycznym lub długo mieszkali w kraju anglojęzycznym albo ci, którzy codziennie używają go w swoim zawodzie. Istnieją tacy, którzy na tyle dobrze opanowali angielski, aby móc uczestniczyć w życiu międzynarodowym, lecz nie całkiem zadowalająco, nie całkiem na równi z osobami anglojęzycznymi od urodzenia. Są tacy, którzy znają angielski na poziomie wystarczającym do rozumienia, co się dzieje w ich zawodzie, lecz nie potrafią płynnie go używać w innych dziedzinach, itd. itd. Lecz faktem jest, że większość bliźnich na naszej planecie zupełnie nie włada językiem angielskim i jest utrzymywana poza kręgami władzy politycznej i gospodarczej.

I oczywiście osoby uprzywilejowane stosują wszystkie możliwe środki w celu zachowania swojego uprzywilejowania. Są to zatem ci, którzy robią wszystko, aby nie mówiło się jasno o problemie językowym, tj. o tej postaci afazji, której korzenie tkwią w społecznej organizacji świata. W następstwie są oni instynktownie nieprzyjaciółmi esperanto. U anglojęzycznych od urodzenia taka postawa jest zrozumiała sama przez się. Cieszą się wielką przewagą, której nie chcą utracić. U innych postawa ta, pewnie nieświadoma, lecz rzeczywista i wpływająca na zachowanie, opiera się na tym, iż włożyli bardzo dużo wysiłku w opanowanie języka angielskiego i że ten cały trud poszedłby na marne, gdyby angielski stał się nieużyteczny z powodu powszechnego przyjęcia esperanto. Zatem ludzie ci działają, często nieświadomie, w celu rozpowszechnienia idei, że nie istnieje nic poza językiem angielskim do porozumiewania się narodu z narodem. W rzeczywistości udało się im przekonać prawie całe społeczeństwo, że tak jest. Idee rozprzestrzeniają się jak wirus lub bakteria w epidemii. Większość ludzi jest gotowa przyjmować bezkrytycznie idee, które są w ciągłym obiegu. Gdy ludzie pracujący w środkach masowego przekazu przyjmują jakąś ideę, szybko rozpowszechnia się ona w całym społeczeństwie, nawet będąc ideą, która faktycznie utrudnia życie wielu setek milionów ludzi. Tak wygląda obecna sytuacja na temat idei, że poza angielskim nie ma ratunku i że nie warto nawet badać takich "utopijnych" propozycji jak esperanto. Jeśli mieliście okazję dyskutować na takie tematy z dziennikarzami, a również z biznesmanami i naukowcami, wiecie, że w większości nie mają oni nawet cienia wątpliwości co do tego, że angielski definitywnie wygrał i że koniec końców nie jest to żadnym złem. A że większość ludzi z powodu tego systemu cierpi na afazję, gdy wychodzi z własnego środowiska lub spotyka ludzi z innej kultury, i że to nie jest czymś fatalnym, tego nawet nie potrafią sobie wyobrazić.

 

Czynniki psychologiczne

Lecz oczywiście idee rozprzestrzeniają się tylko wtedy, gdy trafiają na podatny grunt. I tak osiągamy trzeci rodzaj czynników, które przeszkadzają w obiektywnym i zdrowym myśleniu na temat afazji o podłożu społecznym, tj. czynniki psychologiczne.

Opowiedziałem wam o tej dziewczynce, która przez dwanaście lat nie chciała mówić z niewiadomego powodu. W innych przypadkach powód jest wiadomy. Czasami dziecko, które przez długi okres czasu nie wypowiedziało ani jednego słowa, chociaż wcześniej mówiło normalnie, w końcu zaczyna ponownie mówić, a wtedy okazuje się, przykładowo, że postanowiło milczeć, ponieważ zbytnio wyśmiewano się z niego i było to nie do zniesienia. Lepiej nic nie mówić niż wzbudzać śmiech i czuć się upokarzanym. Tak może się przykładowo zdarzyć u dziecka jąkającego się.

Moja hipoteza na temat afazji o podłożu społecznym jest taka, że coś podobnego działa w społeczeństwie całego świata. Prawdopodobnie nie uwierzycie mi. Niespecjalista często nie potrafi sobie wyobrazić, jak silna może być nieświadoma decyzja. Niespecjalista często nawet naprawdę  nie rozumie tego, że istnieją ważne nieświadome procesy w psychice. Lecz wszystko jedno czy się rozumie lub nie, te procesy istnieją i istnieją również w skali społecznej. Moja hipoteza mówi, że ludzkość nie leczy się z afazji o podłożu społecznym, ponieważ boi się to zrobić. Lecz ten lęk jest nieświadomy.

Dla kogoś z wykształceniem psychoanalitycznym kto odwiedza fora internetowe, na których prowadzone są dyskusje na temat problemów językowych, jest to oczywiste. Rzucającym się w oczy na tych forach jest fakt, że kiedy ktoś proponuje esperanto, co zdarza się względnie często, natychmiast pojawia się ciąg krytyk, często całkowicie obraźliwych. A jest zupełnie jasno zrozumiałe z argumentów tych przeciwników, że nie wiedzą oni nic na temat esperanto, jak ono funkcjonuje, jak wypada w porównaniu z angielskim lub innymi systemami, takimi jak wielojęzyczność lub tłumaczenia, itd. Ci przeciwnicy, nic nie wiedząc, nigdy nie mówią: "Doinformuję się i, gdy już będę wiedział, określę mój punkt widzenia", lecz po prostu: "To głupota", "esperanto nigdy nie odniesie sukcesu", "Wszyscy będą mówić w esperanto tak, że ludziom nie uda się wzajemnie porozumieć", "esperanto jest utopią", itd. itd. Nigdy fakty, nigdy dokumenty, nigdy sprawdzalne dane, nigdy porównania. Tylko bezpodstawne twierdzenia. Lub właściwiej twierdzenia bez racjonalnej albo obiektywnej podstawy, lecz z podstawą silnie emocjonalną. Gdyby nie istniała ta podstawa emocjonalna, zdania byłyby pogodne, spokojne, szanujące inny punkt widzenia. Lecz takie zupełnie nie są.

Kiedy odwiedza się takie fora i czyta te jakże często bardzo pogardliwe odpowiedzi na propozycję używania esperanto, i kiedy ma się wykształcenie psychoanalityczne, natychmiast można wyciągnąć wniosek: "Te bardzo mocno emocjonalne i napastliwe reakcje sygnalizują opór przed czymś okropnie przerażającym".

Istnieje wielka różnica na tych forach pomiędzy mocno emocjonalnymi wiadomościami ludzi, którzy sprzeciwiają się esperanto, a czasem mocno emocjonalnymi wiadomościami esperantystów. Również od czasu do czasu – oczywiście rzadziej, a jednak – pojawiają się reakcje esperantystów z bardzo mocno wibrującym emocjonalnie podkładem. Lecz nie chodzi tutaj o tę samą emocję. Emocja we wiadomościach esperantystów dotyczy złości lub oburzenia, nigdy nie jest to strach. Złość na to, że podle mówi się o naszym języku bez żadnego oparcia tego poglądu na wiedzy rzeczywistej, doświadczeniu lub nawet obiektywnym poinformowaniu się. Złość na ten ciągle napotykany opór przeciw czemuś, co dla nas w zupełnie oczywisty sposób jest dobre i nie szkodzi nikomu. Oburzenie na niesprawiedliwość, która sprzyja powszechnemu używaniu języka angielskiego, lub na niesprawiedliwość w komentowaniu esperanto bez uczciwego przyjrzenia się mu.

Lecz wiadomości antyesperanckie ujawniają inne źródło emocji. Atakują, lecz atakują nie z powodu złości, oburzenia, dążenia do sprawiedliwości, lecz, co da się wyczuć, z powodu strachu. U wielu zwierząt strach wywołuje agresywność. A ludzie dogłębnie są zwierzętami i reagują jak zwierzęta.

Dlaczego ludzie boją się pozbycia afazji o podłożu społecznym? Prawdopodobnie chodzi o bardzo złożoną sprawę, w której splata się i łączy ze sobą mnóstwo czynników. Być może najważniejszy strach dotyczy utraty ochrony plemienia. Moje plemię ma swój język, który odróżnia je od innych plemion. A moje plemię chroni mnie, wewnątrz jesteśmy solidarni, pomagamy sobie wzajemnie, rozumiemy jeden drugiego. To inne plemię jest zupełnie inne. Mają tam dziwne zwyczaje, zachowują się i myślą w dziwny sposób. Być może zazdroszczą nam, bo czują, że jesteśmy ponad nimi. Przecież to my jesteśmy najlepsi, najładniejsi, najinteligentniejsi, najmądrzejsi, czyż nie? To oczywiste. Jeśli oni nam zazdroszczą, to są dla nas zagrożeniem, chcą zabrać nam nasze skarby lub po prostu usunąć nas, aby nie mieć już przed oczami ludzi, którzy ich przewyższają, co jest dla nich czymś nie do zniesienia.

Na dnie psychiki wchodzenie w stosunki jak równy z równym z ludźmi z innego plemienia, z innego narodu, z innej kultury jest odczuwane jako coś bardzo niebezpiecznego. Każde plemię przecież twierdzi, że ma rację w stosunku do sposobu zachowywania się, koncepcji świata, organizacji społeczeństwa, itd. Proste i bezpośrednie kontaktowanie się z innym plemieniem stwarza ryzyko nabycia wątpliwości na temat tych podstawowych poglądów o nas i o nich. Wyobraźmy sobie! Gdybyśmy to my okazali się dzikusami, a nie oni! Odkrycie tego wywołałoby zbyt wielki wstrząs w naszym sposobie myślenia, w naszym sposobie życia. lepiej tak ułożyć sprawy, abyśmy nie musieli stawiać czoła zupełnie innemu sposobowi postrzegania życia, punktowi odniesienia, z którym moglibyśmy się porównać. A odmowa wręcz rozumienia tego, co mówią inni, jest dobrą metodą. Ludzkość zatem stosuje w komunikacji językowej system, który gwarantuje, że afazja doświadczana natychmiast przy stosunkach z innymi narodami, z innymi kulturami, nigdy nie będzie wyleczona. Można zatem zaklasyfikować tę afazję o podłożu społecznym wśród mechanizmów obronnych "ego społecznego".

Zrozumcie mnie dobrze. Nie twierdzę, że ludzkość zawsze będzie odmawiała uleczenia się, uwolnienia się z afazji o podłożu społecznym. Przeciwnie, nie wątpię, że szybko się zbliża moment, gdy zrozumie ona swój błąd, zrozumie, że warto zaryzykować stawienia czoła tym sprawom i nauczenia się odkrywania innych narodów. To się na pewno stanie, a wiele znaków wskazuje, że ludzkość coraz bardziej zbliża sie do podjęcia tego wielkiego kroku. Lecz takie uzdrowienie wymaga czasu. A najlepszą metodą zachowania w sobie choroby, która nas chroni, jest zaprzeczanie jej istnienia i tego, że jest chorobą, którą daje się łatwo uleczyć.


La letero al prizorganto de la Edukada Servo

Via email: (se vi volas ricevi respondon)
La temo:
Atenton: ← Enskribu la vorton  ilo  , alie la letero pereos

Skribu la leteron sube (ne pli ol 2048 literoj).

La nombro de literoj por uzado: 2048


I Liceum Ogólnokształcące
im. Kazimierza Brodzińskiego
w Tarnowie

(C)2017 mgr Jerzy Wałaszek
GNU Free Documentation License.