obrazek

Przemówienie podczas jubileuszowej uroczystości w roku 1987

Claude Piron przemawiał do blisko 150-ciu uczestników w auli Uniwersytetu w Oslo. Wśród uczestników był  Jo Benkow, przewodniczący norweskiego parlamentu. Przemówienie tłumaczył na norweski Otto Prytz.

Czym jest esperanto? Faktem. Ważnym jest to podkreślać, ponieważ z powodu sposobu przekazywania informacji w naszym społeczeństwie wielu ludzi widzi w nim jedynie ideę lub projekt. Lecz ono jest faktem. Językiem. Językiem, którym na przykład codziennie mówi Radio Warszawa (już nie mówi za sprawą krótkowzrocznego prezesa Krzysztofa Czabańskiego, który został wyrzucony z zajmowanej funkcji, ale szkód zdążył narobić, przyp. tłum.) i Radio Pekin, a kilka razy w tygodniu Radio Vaticana oraz Szwajcarska Rozgłośnia Międzynarodowa, aby jedynie zacytować kilka. Językiem z młodą, lecz wybitną i ciągle powiększającą się literaturą, poezją i prozą, których autorzy pochodzą ze wszystkich kontynentów. Językiem, który jest domowym narzędziem porozumiewania się wielu par dwunarodowych. Językiem, na który na całym świecie przetłumaczono najwięcej piosenek. Językiem, którego używają wszelkiego rodzaju kongresy, spotkania, zjazdy, konferencje, tak liczne, że w latach 1985 i 1986 nie znalazł się nawet jeden dzień, aby nie odbywało się w nim gdzieś na świecie tego rodzaju zdarzenie esperanckojęzyczne.

Ludzie mają wiele błędnych pojęć na temat komunikacji językowej. Często twierdzi się, że za pomocą angielskiego można się porozumiewać wszędzie na świecie. To nie jest prawdziwe. Dotyczy być może Skandynawii, Holandii, Niemiec i Szwajcarii, lecz w Europie Wschodniej lepiej można porozumieć się niemieckim, nad Morzem Śródziemnym francuskim, a w wielu krajach Ameryki Łacińskiej prosty fakt używania angielskiego często wzbudza u rozmówcy spojrzenie pogardy i niechęć do pomocy. W Afryce po panowaniu francuskim i portugalskim angielski do niczego się nie przyda, tak samo w większej części Japonii, Wietnamu, Korei i w wielu podobnych krajach, w których, z wyjątkiem kilku kół handlowych, może służyć w dużym hotelu lub w towarzystwie lotniczym, umożliwiając jedynie najbardziej powierzchowne porozumiewanie się, lecz gdzie jest on praktycznie nigdzie nie przydatny w kontaktach z krajowcami. W przeciwieństwie do tego, w wielu zagubionych miasteczkach krajów takich jak Japonia, Węgry i Brazylia oraz wielu innych, gdzie nie jest możliwe poważne nawiązywanie kontaktów w języka angielskim, człowiek z rocznikiem ogólnoświatowej organizacji esperanckiej natychmiast znajdzie kontakt, w którym nie ujawnią się żadne problemy w porozumiewaniu się. Może on się porozumiewać z prostymi mieszkańcami równie doskonale, jak robi to u siebie w domu za pomocą języka ojczystego.

Tak, esperanto jest faktem. Pomimo ogromnie niesprzyjających okoliczności i ogólnie negatywnego stosunku społeczeństwa nigdy nie przestało się rozprzestrzeniać i rozwijać na kuli ziemskiej szerokie sieci przyjaźni pomiędzy ludźmi pochodzącymi z najbardziej różniących się kultur. Szanując każdą wartość kulturalną, zgadzając się na swoją rolę języka pomocniczego, ograniczone do porozumiewania się międzyplemiennego, nigdy się nie narzuca, lecz jest dostępne dla wszystkich, którzy pragną łatwo i głęboko porozumiewać się poprzez bariery językowe.

Punktem wyjścia tego nadzwyczajnego zjawiska społecznego jest chłopiec, który nieznośnie cierpiał przez nienawiść, pogardę i napięcia charakteryzujące życie w jego rodzinnym Białymstoku, polskim mieście jakby ukrzyżowanym pomiędzy czterema wspólnotami wzajemnie się nienawidzącymi: polską, ruską, żydowską i niemiecką. Ten chłopiec nazywał się Ludwik Łazarz Zamenhof.

W maju 1887 roku, dokładnie sto lat temu, pojawił się w Warszawie owoc tego cierpienia i wysiłków, które czynił ten młodzieniec, aby je przezwyciężyć, wymyślając praktyczny środek ukierunkowany na uderzenie w zło u jego korzeni. Tak, w 1887 27-mio letni młodzieniec opublikował na swój koszt pierwszą prezentację tego międzynarodowego narzędzia do porozumiewania się, czego jubileusz dzisiaj świętujemy.

Gdybyśmy się umieścili w ówczesnej sytuacji, ten jubileusz wyglądałby jak cud. Przecież żaden wydawca nie zgodził się na wydanie tego dziełka. Prawdziwym cudem jest to, iż ta nędznie wyglądająca broszurka pojawiająca się w mieście odległym od centrów życia międzynarodowego, stworzona przez młodzieńca nie mającego możliwości spowodowania jej sprzedaży przez normalne sieci księgarń, że ta nieprzyciągająca broszurka bez reklamy rozprzestrzeniła się na całym świecie w takim stopniu, że zrodziła żywy język, którym mówi się dzisiaj w ponad stu krajach. Cudem jest to, że tysiące ludzi, dla których komunikacja transkulturowa byłaby przedtem po prostu niemożliwa, dzięki temu językowi obecnie się nią cieszą. Dalszym cudem jest to, iż pomimo milczenia środków masowego przekazu postęp tego języka w ostatnich dziesięciu latach znacznie przyspieszył.

Dzisiaj, po stu latach, jeśli zadajemy sobie pytanie, czym w głębi jest ten cudowny język, to ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie potrafimy na nie dać odpowiedzi. Esperanto przecież objawia się jako zjawisko społeczno-językowe bardziej skomplikowane niż wyobrażaliśmy sobie na początku. Przeplata się w nim tyle czynników z kręgów politycznych, gospodarczych, społecznych, lingwistycznych, estetycznych, itd., iż żaden pojedynczy człowiek nie jest obecnie w stanie pojąć je w całości. Również esperantyści nie wiedzą, naprawdę głęboko, co kładzie się pod tą rzeczą realną. A w mojej opinii Zamenhof tego również nie wiedział.

Zwykle patrzy się na esperanto jak na wynik racjonalnej, dobrowolnej decyzji. Lecz historycznie nie tak rozwijały się sprawy. Już przed osiągnięciem wieku dorosłego Zamenhof znalazł się prawie obsesyjnie w objęciach narzucającego się obowiązku wypracowania projektu języka międzykulturowego. Był jedynie chłopcem, gdy zaczął go realizować. Gdy zdarzyła się pierwsza rozmowa w prapierwowzorze esperanto, nie miał jeszcze 20-tu lat.

Uczucie nieodpartego zewu, które zmusiło go do zainicjowania nowego języka, było jakby skrystalizowaniem się w nim ogromnie silnej, lecz jedynie mgliście uświadamianej sobie tęsknoty do porozumiewania się poprzez granice, istniejącej u wielu pod koniec XIX wieku. To kolektywne odczucie wymagało osoby do urzeczywistnienia się. Na jego zew chłopiec Zamenhof czuł się zobowiązany odpowiedzieć "tak". Był narzędziem sił społecznych i historycznych, które przewyższały go ogromnie, jak obecnie przewyższają każdego z nas. A że były ogromnie potężne, tego dowodzi historia języka. Przedstawia ona przecież ciąg kryzysów, napięć i sytuacji na pozór zgubnych. Lecz każdy pojawiający się problem był w nieprawdopodobny sposób rozwiązywany.

Prawie jednomyślnie lingwiści oświadczyli, że język ten rozbije się na dialekty i umrze. Czyż nie to było najbardziej prawdopodobne? Lecz kiełek języka, używanego konkretnie w najróżniejszych sytuacjach, zjednoczył się, umocnił się, stał się bogatym, elastycznym, naprawdę żywym językiem, jednakże nie tracąc swojej oryginalnej prostoty. Żaden człowiek o zdrowym rozumie nie mógł wierzyć pod koniec XIX stulecia, że po stu latach ten język będzie posiadał interesującą, oryginalną literaturę, będzie narzędziem do porozumiewania się ogromnej liczby międzynarodowych spotkań, będzie używany w miasteczkach Korei, Nowej Zelandii, Brazylii, Mongolii, których nazwy są powszechnie nieznane, a których Europejczycy nigdy nie odwiedzają.

To zjawisko społeczno-językowe pozostaje w większej części tajemnicze, lecz przynajmniej jedną rzecz można o nim powiedzieć z pewnością: esperanto jest oporne. Doświadczyło wielu prześladowań, zakazów oraz innych przeżyć, które normalnie powinny oznaczać jego śmierć. Wszystkie je przetrwało. Nawet postępuje jego rozprzestrzenianie się z godnym uwagi przyspieszeniem, głównie w ciągu ostatniej dekady.

To rozprzestrzenianie się. które postępuje bez wsparcia politycznego czy finansowego oraz bez reklamy, nie byłoby możliwe, gdyby esperanto nie przenosiły potężne siły społeczne. Lecz siły społeczne, które od początku zwalczają je, nie są mniej imponujące. Działają one zwykle poza świadomością z tym dziwnym rezultatem, że ludzie uczciwi po prostu nie zauważają, że w stosunku do esperanto działają one wbrew zasadom uczciwości, które z pewnością uznają i stosują. Na przykład, szczerość jest bardzo wyraźnie wyczuwana w słowach przewodniczącego komisji Parlamentu Europejskiego, która odrzuciła w kwietniu 1984 rezolucję sprzyjającą esperanto bez przestudiowania faktów. Objawia się ona również w motywach, za pomocą których francuski minister edukacji w lutym 1982 próbował usprawiedliwić swoją odmowę przyjęcia esperanto, jako możliwy do wyboru przedmiot szkolny. Ponieważ nie przestudiował danych, oparł się na błędnych faktach, lecz nie można wątpić, iż miał on najczystsze intencje.

Zwykle przed wydaniem werdyktu zbiera się dane i studiuje fakty. Tak czyni się w sądownictwie, tak czyni się również w przemyśle przed wybraniem wśród wielu procedur. Również w nauce czyni się tak samo. A przy esperanto czyni się przeciwnie. Werdykt jest ogłaszany przed zebraniem danych, wybór jest czyniony bez porównania z systemami konkurencyjnymi, zjawisko jest wyjaśniane bez spojrzenia na fakty.

Często oficjalne instytucje były zapraszane do dyskusji o esperanto, lecz odrzucały ją przed poinformowaniem się. Być może najładniejszym przykładem jest petycja przekazana ONZ w 1966 roku. Zawierała ona prawie milion indywidualnych podpisów – m.in. podpis Pera Bortena, premiera Norwegii – plus podpisy około 4000 organizacji obejmujących w sumie 73 miliony członków z 80 krajów. Siedemdziesiąt trzy miliony! Prawdopodobnie to jest najbardziej rozległa petycja, która kiedykolwiek została zaprezentowana w historii świata dla propozycji biorącej swe źródło z prywatnej inicjatywy nie związanej z organizacją ekonomiczną, polityczną czy religijną. Lecz tego historycznie unikalnego zdarzenia większość gazet nawet nie wspomniała, a na jego temat Zgromadzenie Ogólne ONZ nigdy nie debatowało. Siłom społecznym przeciwnym językowi międzynarodowemu często udaje się sprowadzić esperanto do roli tabu.

W ten sposób osiągają to, iż społeczeństwo wobec niesprawiedliwości rezygnuje. Wyobraźmy sobie mecz tenisa stołowego, w którym jeden z graczy ma prawo używać właściwej rakiety, natomiast jego przeciwnik otrzymuje rakietę źle wyważoną, bardzo dużą, zbyt ciężką, zupełnie inną od tej, której używa codziennie na treningach w domu. Wszyscy oceniliby to jako absolutnie niedozwolone. Równość warunków jest surowo wymagana, jeśli chodzi o piłkę, lecz nie przy ideach. Kilka narodów posiada przywilej porozumiewania się językiem, z którym są w pełni zżyci, natomiast inne męczą się z narzędziem każącym im ciągle nadwyrężać usta i umysł daleko od ich normalnego funkcjonowania, funkcjonowania, które stało się dla nich naturalne. Jest ironią, że za to niezadowalające ich narzędzie są zmuszeni płacić bardzo drogo, a ich przeciwnik otrzymuje swoje bezpłatnie.

Tylko brak świadomości pozwala na powszechną rezygnację przed niesprawiedliwą hierarchią języków. Esperanto usuwa tę nierówność. Przy jego pomocy zamiast poddawać się samowolnym zwyczajom silniejszego, po prostu stosuje się konwencje. Stosunki przestają być pionowe, stają się poziome.

Głęboko w nas coś się buntuje przeciwko wszystkiemu, co jest językowo nielogiczne. Jeśli mogę powiedzieć I will arrive, "przybędę", to dlaczego nie wolno mi powiedzieć I will can, "będę mógł"? Dlaczego muszę mówić women a nie womans? Gdy uczeń pyta o to nauczyciela, to jedyna odpowiedź brzmi: "bo tak już jest", co faktycznie znaczy: używaj nie swojej inteligencji, lecz pamięci do samowolnych zasad. Ukryte przesłanie brzmi: oni są najsilniejsi, nie można się buntować i żądać spójności czy przystosowania do naszych potrzeb, zatem ugnij się.

Głęboko w naszej psychice żyje żądanie godności, które sprzeciwia się temu poddaństwu. Przez nie naprężają się stosunki pomiędzy mieszkańcami holendersko- i francuskojęzycznymi w Belgii, pomiędzy mówiącymi językami tamilskim i syngaleskim na Sri Lance. Esperanto, w którym każda struktura może być w pełni uogólniana , zaspokaja naszą głęboką tęsknotę do łatwości i spójności w wyrażaniu się w języku obcym. Tworzy atmosferę wolności, sprawiedliwości, która pozwala ludziom czuć się traktowanymi z większą godnością.

Esperantyści twierdzą, że wśród możliwych do użycia środków komunikacji międzykulturowej esperanto jest bardziej praktyczne, szybciej pozyskiwalne, łatwiejsze w użyciu niż pozostałe oraz ekonomicznie bardziej oszczędne, psychologicznie bardziej zadowalające, bardziej szanujące inne kultury ze wszystkich. Bez zaobserwowania tego w terenie, skąd można wiedzieć, czy mają lub nie mają racji? Potępianie esperanto bez tego obiektywnego sprawdzenia w terenie oznacza jednoczesną rezygnację z rozumu i sprawiedliwości; chciałbym rzec również: z ducha sportowego.

Lecz co przeszkadza w przeprowadzeniu analizy kosztów i efektywności? Historia daje nam odpowiedź: zawsze, gdy wolność i sprawiedliwość dąży do postępu, potężne siły społeczne mobilizują się przeciwko nim, a ich główną bronią jest przeszkadzanie w obiektywnym poznaniu prawdy. Również w tym przypadku tak działają.

Podsumowując można powiedzieć, co następuje. Potężne siły społeczne troszczą się o stopniową penetrację języka esperanto w coraz to nowych krajach i środowiskach, tak samo jak stopniowego wzbogacania się kultury opartej na nim. Podobnie potężne siły troszczą się, aby prawda o esperanto się nie rozpowszechniła, aby nie zdarzyła się na jego temat otwarta debata, aby podatnicy nie pytali się, czy w każdym kraju budżety komunikacji językowej lub nauczania języków są zgodne z żądaniem największej efektywności inwestycji publicznych. Zapasy pomiędzy tymi siłami społecznymi przedstawiają się jak prawdziwy dramat, lecz rozwoju tego dramatu publiczność nawet nie zauważa.

A również my, którzy jakoś grają w tym rolę, nie rozumiemy dokładnie, co się dzieje. Jest na to o wiele za wcześnie. Brakuje perspektywy historycznej, możności rozważenia wszystkiego z odpowiedniego dystansu. Dlatego nasze reakcje często nie są właściwe. Dlatego być może również to przemówienie nie jest trafne. Być może wszystko źle zrozumiałem i przedstawiłem nieprawidłowo. Nie ja mogę osądzać czy tak lub nie; lecz jeśli nie mogę osądzać, to przynajmniej mogę mieć nadzieję. Mam nadzieję, że nie pomyliłem się zbytnio. I że jest prawdą, iż z punktu widzenia gwarancji sprawiedliwości idee zasługują na tak samo poważną uwagę, jak piłka.

Źródło: Norvega Esperantisto, Nr 3, strony 5-8


La letero al prizorganto de la Edukada Servo

Via email: (se vi volas ricevi respondon)
La temo:
Atenton: ← Enskribu la vorton  ilo  , alie la letero pereos

Skribu la leteron sube (ne pli ol 2048 literoj).

La nombro de literoj por uzado: 2048


I Liceum Ogólnokształcące
im. Kazimierza Brodzińskiego
w Tarnowie

(C)2017 mgr Jerzy Wałaszek
GNU Free Documentation License.