obrazek

Gdy czytałem,  wg mnie ogromnie wartą przeczytania, powieść psychologiczną "Tien" Johána Valano (pseudonim Claude'a Pirona),  pojawiło się u mnie wiele pytań dotyczących myśli i doświadczeń tego pisarza.

Oto mamy tutaj kilka z tych pytań wraz z interesującymi odpowiedziami, które malują dający do myślenia i inspirujący obraz głębi umysłowej, z której Claude Piron czerpie swój optymizm, nadzieję, inspirację, tolerancję, skłonność do uszczęśliwiania, co odzwierciedla jego obfita, różnorodna twórczość.

Hokan Lundberg, przeprowadzający wywiad.
 

1) W "Tien" odnajdujemy wiele na temat spraw duchowych, a czy Pan osobiście miał przeżycia duchowe?

Tak, osobiście miałem takie przeżycia, a codziennie (bardziej poprawnie, zwykle co noc) ja... tutaj brakuje mi słów na wyjaśnienie... powiem tak: odwiedzam przestrzeń duchową.

2) Gdy Pan "odwiedza przestrzeń duchową", to czy to dzieje się świadomie i czy posiada Pan później jasne wspomnienia o tym? Jeśli tak, to jakie?

Być może słowa "odwiedzać przestrzeń duchową" nie są poprawne. Wprowadzam się w szczególny, trudny do opisania stan psychiczny, powiedzmy: autohipnotyczny, a tam przeżywam medytację lub modlitwę, podczas których nie dzieje się nic specjalnego, z wyjątkiem uczucia wielkiego spokoju, ciszy oraz kontaktu z Kimś na wyższym poziomie (prawdopodobnie Bogiem). Często, lecz nie zawsze, dostaję wskazówki, czy to o czymś wartym zrobienia, czy o czymś źle zrozumianym w moim życiu lub w życiu kogoś, z kim mam stosunki, czy też o innych sprawach. Doświadczenie to może być czysto "duchowe" (nieme, ślepe, bez osobnych odczuć), lecz może zawierać również obrazy, nieco tak jak podczas snu, jednakże zwykle bardziej podobne do dużych symboli. Bardzo trudno opisać to przeżycie. Zgadzam się, że moje zdania zupełnie nie są odpowiednie, lecz nie wiem, jak lepiej się wyrazić. Jestem przez cały czas świadomy i zwykle zachowuję jasne wspomnienia.

3) Wspomniał Pan Boga, czy będzie możliwe wyjaśnienie, co Bóg oznacza i czym jest dla Pana?

Nie można tego łatwo wyjaśnić, ponieważ Bóg jest ponad wszystkim, do czego nadają się ludzkie słowa i pojęcia. Już zwykłe zaimki nie są odpowiednie, dlatego że Boga ani nie można nazwać "On", ani "on", ani "ona", ani "ono". Dlatego będę używał zaimka osobowego "di" (odnosi się to do oryginału esperanckiego, przyp. tłum.), który jest neologizmem i wg mnie jedynym możliwym do przyjęcia. To, co nastąpi dalej, będzie pokazywało nie to, czym jest Bóg, lecz co (kogo) spostrzegałem, napotkałem, poznałem.

Obowiązek uczciwości intelektualnej zmusza mnie do przyznania, że prawdopodobnie chodzi o wyobrażenia, halucynacje, pragnienia, a nie o coś rzeczywistego. Lecz moje najgłębsze odczucie mówi mi, że chodzi o rzeczy realne, że ten, kogo dalej trochę opiszę, jest kimś rzeczywistym, z kim autentycznie jestem w kontakcie.

Według tych, zapewne błędnych, doświadczeń Bóg jest kimś, nie czymś. Jest on abstrakcyjną zasadą, albo jakąś Siłą bez osobowości. Jest istotą, która żyje, zna, wie, spostrzega, odczuwa i kontaktuje się z istotami przez siebie stworzonymi / stwarzanymi.

Wszystko, co można powiedzieć o Nim, jest jak niedokładne tłumaczenie w porównaniu z oryginalnym tekstem. Jednak niedokładne tłumaczenie daje jakieś pojęcie o oryginale i jest lepsze od żadnego tłumaczenia.

  Mógłbym mówić o Bogu godzinami, a mimo to zawsze pomijać niezmiernie ważne aspekty. Jednak już kończę, lecz nie dlatego, iż temat ten został wyczerpany.

4) Czy pańskie doświadczenia związane z Bogiem naszły pana podczas "olśnienia", czy też rozwijały się w Panu przez długi czas?

Ani jedno, ani drugie. Pierwsze spotkanie było długim kontaktem. Spróbuję to opowiedzieć, lecz nie będzie łatwo, ponieważ takie doświadczenie nie przypomina niczego, co są w stanie przedstawić słowa.

W owym czasie pracowałem w Światowej Organizacji Zdrowia. W czasie przerwy na kawę dyskutowałem z kolegami, którzy wszyscy byli ateistami, a jeden powiedział: "Bóg jest tylko tworem ludzkiej wyobraźni". Wróciwszy do domu, o zwykłej godzinie położyłem się do łóżka i zasnąłem, lecz w pewnym momencie w ciągu nocy obudziłem się z tym zdaniem ciągle powtarzającym się w mojej głowie. Wtedy nagle poczułem się przeniesiony w inny... jak powiedzieć? ... wymiar, sferę, wszechświat. Moje ciało leżało w łóżku i w jakiś sposób je odczuwałem, jak również odczuwałem ciało mojej żony obok mojego, lecz ja (moja osoba) już w nim nie byłem, lecz w innym miejscu. I oto musiałem wybierać pomiędzy dwiema możliwościami: czy "Bóg jest wytworem ludzkiej wyobraźni" lub czy "Człowiek jest produktem wyobraźni boskiej". Była to dziwna sprawa, bo widziałam obie możliwości wyboru, a jednak rozumiałem, że tylko ta druga jest prawdziwa. Lecz fakt przyjęcia tego nie odebrał mi obowiązku zdecydowania na korzyść tej lub tamtej możliwości. Innymi słowy, miałem swobodę okłamania siebie, oszukania się, wyboru czegoś nieprawdziwego niż prawdziwego, lecz, w jakiś sposób, było to ledwo znośne.

W tym momencie "zobaczyłem" Boga. Słowo to nie jest właściwe. Nic nie widziałem, nie słyszałem, nie dotykałem, nie czułem żadnego zapachu. Powiedzmy, Bóg nagle mi się objawił. Chociaż Go nie "zobaczyłem", we właściwym sensie, odczułem Go z większą jasnością, niż teraz widzę te litery wypisywane na ekranie komputera. Pewność, jasność, oczywistość były większe niż przy jakiejkolwiek innej rzeczy, której doświadczyłem w całym swoim życiu. Podczas tego całego przeżycia, które dla mnie subiektywnie trwało jakby sto lat, Bóg znalazł się przede mną bardziej konkretnie. A ja chciałem go zamordować. Moja reakcja zaskoczyła mnie równie mocna, jak zaskoczyło mnie nagłe ukazanie się Boga. Po minucie zmieszania, stworzonego przez to nagłe pojawienie, poczułem niewypowiedzialnie mocne pragnienie, aby ten Bóg nie znajdował się przede mną, aby po prostu nie istniał. To było prawdziwe pragnienie mordu. Prymitywne, zwierzęce, praludzkie, nie wiem, jak mam je opisać. Lecz było ogromnie silne. Widziałem Boga, widziałem, że On istnieje, a jednocześnie chciałem, żeby moje zrozumienie było mylne, chciałem je wymazać, chciałem, aby zamiast Boga nic nie istniało. Były jakby dwie możliwości: czy Bóg istnieje, a ja nie, albo czy ja istnieję, a Bóg nie. Czułem to naprężenie pomiędzy moim zrozumieniem a moją wolą jako niewyobrażalnie długotrwałe zmaganie. Nie zmagałem się z Bogiem, chociaż w jakimś sensie to odczuwałem, zmagałem się z moim zrozumieniem. Wypierałem się go. Czułem, że jest straszliwą groźbą, nie do przyjęcia. A jednocześnie szarpała mną złość, że zmagam się ze sobą, a nie z Bogiem, który tylko patrzy na mnie z miłością.

To "spojrzenie" Boga na mnie było bardzo jasne. Zawarta w nim była bezgranicznie miłość, zrozumienie, solidarność, współczucie, współgranie, szacunek. Szacunek do mojego prawa wyboru wedle woli, zatem szacunek do mojej wolności, z którego bierze źródło – to odczuwałem z pełną jasnością – moja godność. To spojrzenie jednocześnie ogromnie smakowało jak i nie. Częściowo budziło nadzieję i współczucie, częściowo złościło mnie. Tak dużo dobroci serca w czymś, co chciałem wyeliminować, było nie do zniesienia.

Na koniec wybrałem pogodzenie się z rzeczywistością Boga oraz fakt, że jestem wytworem boskiej wyobraźni i że stąd nie istnieję sam z siebie. Wydaje się, że przed tą chwilą pogodzenia się coś we mnie odmawiało przyjęcia do wiadomości faktu stworzenia / stwarzania. Gdy się z tym pogodziłem, poczułem, jakby moja dusza pochyliła się i dotknęła głową ziemi, jak muzułmanie w trakcie modlitwy. Skłoniłem się z adoracją. Wtedy owładnęło mną uczucie nadzwyczajnego pokoju, szczęścia, radości, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyłem w swoim życiu, uczucie radości, lecz bardzo spokojnej. Wtedy poczułem, że muszę zmienić swoje życie. W owym czasie byłem jeszcze tłumaczem. Stało się dla mnie jasne, że od tego momentu będę musiał prowadzić bardziej pożyteczne życie, służyć innym, ulepszać tę część ludzkości, dla której coś mogę uczynić. Dlatego zmieniłem swój zawód, studiowałem psychologię i szkoliłem się na psychoanalityka i psychoterapeutę. Coraz bardziej moja klientela składała się z ludzi, którzy potrzebowali pomocy w tej sferze, gdzie życie psychiczne styka się z życiem duchowym, gdzie oba przenikają się wzajemnie. Często czuję, że nie przypadkowo ludzie proszą o pomoc właśnie mnie, a nie kogoś innego, jakby przez jakąś interwencję ducha.

Po tym pierwszym kontakcie z Bogiem łatwo przyzwyczaiłem się do kontaktowania z Nim codziennie. Czasami jest to łatwe, innym razem nie. Czasami próbuję się z Nim skontaktować, lecz mam wrażenie, że udało mi się osiągnąć jedynie świętego lub anioła, lub inną duchową istotę, lecz ponownie słowa nie oddają tego, ponieważ nie mam pojęcia, z kim w takich wypadkach dokładnie obcuję, lecz z drugiej strony czuję, że Bóg jest w nich i działa poprzez nich. Próbuję jedynie powiedzieć, że oto mam uczucie natychmiastowego i bezpośredniego kontaktu z Bogiem, a innym razem wydaje się, że osiągam Go jedynie poprzez inną wolną istotę, która działa jako pośrednik. Lecz również czasami odczuwam, że sam jestem pośrednikiem Boga albo dla jakiejś innej duchowej istoty, która sama pośredniczy Bogu, albo pośredniczę komuś innemu, który pośredniczy innemu, a ten z kolei pośredniczy Bogu wzdłuż czasem bardzo długiego łańcucha.

Ponieważ ciągle obcuję z Bogiem, odkrywam Go coraz bardziej. Moje spostrzeganie nie jest więc czymś stabilnym, niezmiennym, wciąż odnajduje nowe aspekty, o których wcześniej nie miałem żadnego pojęcia, nawet po opisanym tutaj przeżyciu.

To wszystko jest wielką zagadką, nieprawdaż?

5) W opowiadaniu "Tien" główny bohater raz spotkał anioła stróża, czy Pan sam spotkał anioła stróża?

Mam dobre stosunki ze swoim aniołem stróżem. (Używam liczby pojedynczej, chociaż zdaje się, że wiele istot – może nawet bardzo wiele – odgrywa tę rolę). Nie wiem, czy słowo "spotkał" jest odpowiednie. Dostrzegałem jego działanie.

6) Jak dostrzegał Pan jego działanie?

Oto jeden przykład. Gdy miałem 25 lat, pojawiło się ogłoszenie, że ONZ chce zatrudnić tłumaczy. Chociaż względnie dobrze znałem język angielski, mój poziom zupełnie nie był profesjonalny, do tego jeszcze było daleko. Jednakże poczułem silny i niezrozumiały impuls, aby kandydować. Nabór prowadzono na podstawie konkursu. Gdy nań przybyłem, dowiedziałem się, że zapisało się 250 kandydatów. Słyszałem, jak między sobą rozmawiali (wielu już znało się wzajemnie) i doszedłem do wniosku, że prawie wszyscy są starsi ode mnie i posiadają dyplom uniwersytecki z języka angielskiego (którego ja nie miałem). Wyglądali na bardziej poważnych kandydatów.

Konkurs składał się z przekładu na francuski tekstu angielskiego.  W tym tekście znajdowało się kilka słów, których nie rozumiałem. Dzięki kontekstowi udało mi się odgadnąć prawdopodobny sens wszystkich, z wyjątkiem jednego. Pozostało zatem jedno zdanie, które mogłem przetłumaczyć na dwa sprzeczne sposoby. Nic nie pozwalało domyślić się, czy znaczyło ono to, czy też coś przeciwnego. Ponieważ zupełnie nie wyobrażałem sobie, że uda mi się zdać ten konkurs, nie zależało mi. Wybrałem przypadkowo jedno ze znaczeń i zdecydowałem, że już dosyć trudziłem się nad tym tekstem. Zacząłem więc iść, aby oddać swoją kartkę. Wtedy poczułem, jakby jakaś ręka dotknęła mojego ramienia, a głos wyszeptał: "wróć na swoje miejsce, przekreśl to zdanie i wstaw przeciwieństwo tego, co wybrałeś." Odwróciłem się. Nikogo za mną nie było.

Postąpiłem według tej dziwnej instrukcji danej mi przez kogoś niewidzialnego. Może powinienem dopowiedzieć, że zdarzyło się to w dniu moich urodzin. Po kilku miesiącach pracowałem jako tłumacz w ONZ w Nowym Jorku.

Później rozmawiałem z jedną z osób, które wybierały kandydatów na podstawie tego tłumaczenia. Stąd dowiedziałem się, że pierwszym kryterium było: perfekcyjne oddanie sensu tekstu. Powiedziałem do niej: "Zatem, gdybym wstawił chociażby jedno zdanie, które byłoby złym tłumaczeniem, zostałbym odrzucony, czyż nie?" Odpowiedziała mi: "Rzeczywiście, z powodu tylko jednego niezrozumienia nie zostałbyś wybrany".

Wiele w moim życiu byłoby inne, gdybym w tym czasie nie został tłumaczem ONZ w Nowym Jorku. Dla mnie nie ma tutaj żadnych wątpliwości, iż zadziałał mój anioł stróż.

Mógłbym zacytować inne zdarzenia, przykładowo o zupełnie nieprawdopodobnym uniknięciu wypadku samochodowego, albo o podobnych sprawach. Lecz to przypuszczalnie wystarczy.

7) Co Pan myśli na temat karmy jako wychowywania przez Boga?

Wierzę w karmę jako boskie wychowywanie,  lecz stwierdzam, że pojęcie karmy bardzo często jest źle rozumiane i używane niewłaściwie. W Indiach stało się pretekstem do unikania wszelkiej pomocy społecznej dla ubogich ("przecież cierpią z powodu swojej karmy, byłoby szkodliwe im pomagać").

8) Czy Pan również wierzy w reinkarnację?

Tak, wierzę w reinkarnację. W rzeczywistości duża część mojego życia była skierowana na fakt, że, jako dziecko, posiadałem wspomnienia o swoim poprzednim życiu, lecz nikt mi nie wierzył. Dlatego mój stosunek do tej prawdy jest bardzo bolesny. Gdy byłem szczery, mówiono, że kłamię (lub fantazjuję) i zmuszano mnie do wyrzeczenia się moich doświadczeń, nazywając to szczerością, podczas gdy ja czułem się oszustem. Po części dlatego studiowałem psychologię. Lecz, jeśli mam być całkiem szczery, to zdradzę, że te wierzenia (również co do karmy) nie są w pełni stabilne we mnie. Przez większość czasu wierzę w nie, lecz przychodzą chwile, gdy myślę "wszystko to jest fantazją, delirium, niemożliwe..."

9) Jakie było Pana poprzednie życie wg wspomnień z okresu dzieciństwa?

W rzeczywistości jako dziecko miałem wspomnienia o kilku poprzednich życiach. Lecz teraz już ich bezpośrednio nie pamiętam, pamiętam tylko niektóre z nich, powiedzenia, myśli, cierpienia z powodu tego, iż nie mogłem tego wyrażać i nie brano tego poważnie. Bezpośrednie poprzednie życie była jako bardzo biedny i nieszczęśliwy chłopiec w Chinach. Najdokładniejsze wspomnienie dotyczy mojej śmierci, na strychu, podczas jakiejś bitwy (czy w ramach wojny, czy w ramach zatargu pomiędzy dwoma bandami, tego nie wiem). Umarłem z powodu kuli. Byłem bardzo młody, pomiędzy 18 a 20 rokiem życia. Przypuszczam, że było to w latach 1920, lecz nie mam co do tego pewności, również nic nie wiem o tym miejscu, chociaż, jako dziecko, bardzo dobrze pamiętałem szczegóły tej okolicy.

10) Czy, według Pana wspomnień, zawsze był Pan mężczyzną podczas tych reinkarnacji?

Tak.

11) Czy posiada Pan jakieś pojęcie, dlaczego tylko nieliczni mają wspomnienia ze swoich poprzednich żyć?

Nie. Sądzę, że zwykle nie powinno się pamiętać poprzedniego życia. Lecz na naszej planecie nic nie jest doskonałe. To prawo zatem nie działa w stu procentach. Ludzie z takimi wspomnieniami należą do małej części błędnej populacji, albo, bardziej poprawnie, należą do bardzo nieprawdopodobnych przypadków, które występują we wszelkiej statystyce. Jednakże wydaje się, że ludzie mają większe szanse zachowania tych wspomnień, jeśli umarli młodo lub w wyniku przemocy. Wydaje się również, że takie wspomnienia zwykle znikają po osiągnięciu wieku sześciu lat. To zdarzyło się u mnie.

12) Powiedział Pan, że dużo wycierpiał z powodu wspomnień z poprzedniego życia, lecz czy nie dostarczyły one również czegoś pozytywnego?

Nie powiedziałem, że cierpiałem z powodu swoich wspomnień z poprzedniego życia. Cierpiałem, ponieważ nie chciano mi wierzyć i wymagano ode mnie, abym się przyznał do kłamstwa, a dla mnie nie były to rzeczy wymyślone, lecz czysta prawda. Cierpienie wiąże się tylko z reakcją środowiska, nie z samymi wspomnieniami. Powodował je również dziwny stosunek do Chińczyków. Jeszcze teraz odczuwam jakąś przywołującą złość reakcję, kiedy nazywa się wschodnich Azjatów Żółtymi. W rzeczywistości, duża część mojego obecnego szczęścia czerpie z faktu, że – nawet jeśli moje wspomnienia teraz są tylko wspomnieniami utraconych wspomnień, a zatem bardzo zamglone – ogólne wrażenie na temat tego poprzedniego życia dotyczy życia w tak dokuczliwych i mizernych okolicznościach, że w porównaniu z nimi nawet najważniejsze obecne niedogodności są niczym. Ciągle się dziwię, jak niewielu ludzi w naszych krajach wysoko ceni swoją uprzywilejowaną sytuację. A później rozumiem to: nie mają oni odnośnego życia do porównania.

13) Czy jest Pan członkiem jakiejś religii?

Tak. Jestem katolikiem. Lecz trudno mnie w tym względzie nie zrozumieć źle. Religia katolicka różni się dosyć istotnie w zależności od miejsca. Na przykład, katolicyzm we Włoszech daje mi się odczuć jako coś ogromnie różnego od tego, do czego jestem przyzwyczajony. Faktycznie jest to inna religia. Dla mnie katolicyzm jest dwojaki. Istnieje jeden katolicyzm oficjalny i instytucjonalny z dogmatami, poleceniami z Rzymu, całą biurokracją i ogromnie samowolnymi decyzjami. Lecz współistnieje z nim inny katolicyzm, który składa się z rytuałów, tradycji, ducha, rozumienia rzeczy niebiańskich, a głównie z ludzi, którzy zupełnie niekoniecznie zgadzają się z rzymskimi decyzjami i samowolnym autorytetem. Należę do tego nieoficjalnego, niepublicznego katolicyzmu (jak przynajmniej 80% katolików, którzy mieszkają w moich stronach, a być może w całej francuskojęzycznej części Szwajcarii). W religii katolickiej podobają mi się bardzo wysokie ludzkie przymioty wielu księży i mnichów. Wśród nich mam wielu wspaniałych przyjaciół, a jawią mi się oni jako ludzie głębocy, dobroduszni i pokorni. Również w katolickiej literaturze religijnej znajduje się ogromnie dużo dzieł, które prowadzą do lepszego życia, lepszego poznania Boga. Dlatego, chociaż nie biorę bardzo poważnie papieża wraz z jego środowiskiem, ani oficjalnie zdefiniowanej moralności katolickiej, czy zasad, jak obowiązek celibatu u księży, pozostaję wierny religii katolickiej, która jest religią mojego dzieciństwa.

Zrozumiałe, że skoro wierzę w reinkarnację, to w pewnym sensie jestem heretykiem. Lecz wierzę, że prawie wszyscy katolicy są heretykami w tym lub w tamtym.

Oczywiście, potrzebuję rytuałów i uczestnictwa w życiu wspólnoty religijnej. Lecz nie wierzę, aby religia katolicka była bardziej wysokowartościowa. W kilku względach jestem bardzo bliski hinduizmowi i buddyzmowi, również różnym formom animizmu i szamanizmu. Mam duży szacunek dla bahaistów. Częściowo należę również do tradycji żydowskiej i mocno z nią współdrgam (nie z tym najbardziej ortodoksyjnym odłamem). Chociaż mam wspaniałe stosunki z wieloma protestantami (w zasadzie leczyłem psychoterapeutycznie wielu pastorów protestanckich), mimo to jednak odczuwam protestantyzm jako zbyt racjonalny, zbyt intelektualny; brakuje mu coś tajemniczego, jakiejś symbolicznej atmosfery, czegoś trudno definiowalnego, co znajduje w prawie każdej z pozostałych religii. Lecz w tym względzie protestantyzm szybko się zmienia. Islam jest religią, której nie znam i z którą nigdy nie miałem kontaktów (z wyjątkiem jednego przyjaciela, którego głęboki i autentyczny stosunek do Boga ogromnie szanowałem).

Wierzę, że jeśli się zanurzy w swojej religii, to coraz bardziej zbliży się duchowo do innych ludzi, którzy również zanurzają się w swojej religii. Odczuwam się bardziej bliskim głębokiemu buddyście lub wyznawcy Islamu, o którym dopiero co zrobiłem wzmiankę, niż wielu powierzchownym katolikom, którzy teoretycznie są współwyznawcami mojej religii.

14) Co Pan sądzi na temat homaranizmu (1)?

Od bardzo długiego czasu nie czytałem nic o homaranizmie, lecz zawsze w pełni go aprobowałem.

15) Co Pan sądzi o Zamenhofie?

W mojej opinii Zamenhof był wykonawcą, prawdopodobnie nieświadomym, kogoś działającego na wyższym poziomie, kogo jestem skłonny nazwać aniołem esperanto. To nie znaczy, że nie musiał podejmować ogromnych wysiłków, aby zrealizować tę ideę i udoskonalić swój projekt. Musiał. Gdy jest się zainspirowanym, to jest się w pewien sposób prowadzonym, lecz należy się bardzo koncentrować i nieustannie poprawiać swoje dzieło, aby zbliżyć je coraz bardziej do tego, co jest odczuwane jako cel, zdefiniowany przez kogoś innego niż my, przynajmniej niż nasze ego. Innymi słowy, ma się zamglone poczucie rzeczy docelowej i należy ją stopniowo coraz bardziej precyzować, wiedząc, że się nigdy w pełni tego nie osiągnie. Wierzę, że tak postępował Zamenhof.

Oczywiście, był on niezwyczajnie psychicznie dojrzałym człowiekiem, z bardzo rzadką, doskonałą równowagą pomiędzy dwiema półkulami mózgowymi. Był również ogromnie dobroduszny, uczciwy i pokorny (w bardzo pozytywnym sensie tej zalety), a to są kryteria kogoś, kto posiada dobre stosunki z Niebem. A że był nierozumiany, wyszydzany i wiele się nacierpiał, to również jest częstą rzeczą u takich ludzi.

Różne szczegóły tego języka skłaniają mnie do wierzenia, że jego prawdziwy początek jest ponadludzki. Przykładowo słowa z przyrostkiem "mal", które odwołują się do dobra, gdy mówi się o czymś złym. Albo fakt, że mowa Chrystusa: "Mi estas la vojo, la vero, la vivo" (jestem drogą, prawdą, życiem) brzmią jak przepiękna formuła z taką równoległością pomiędzy sylabami, że na pewno Zamenhof, niechrześcijanin, nie wybrał właściwych rdzeni słownych, przygotowując się do przetłumaczenia na esperanto tego zdania. Tak samo zadziwia fakt, że "amen" w esperanto znaczy "bezpośrednio do miłości", i fakt, że esperanto przydaje się do ułatwienia i ulepszenia dialogu pomiędzy niepodobnymi sobie ludźmi, i że w tym języku słowo "dialogo" brzmi dokładnie jak "dia logo" (boski powab) (Bóg wabi ludzi do siebie przez szczery, nieskrępowany, równy dialog).

16) Co Pan myśli o dzisiejszym ruchu esperanckim?

Nie mam specjalnie interesujących przemyśleń na temat ruchu esperanckiego. Powiedziałbym, że jest on o wiele bardziej różnorodny, niż ogólnie wyobrażają go sobie esperantyści. Stworzył on coś trochę podobnego do rozproszonego narodu, który ożywia ten język, używając go i tworząc w nim, który analizuje problemy porozumiewania się językowego i który próbuje przekonać pozostały świat o dobroci swojego języka. Wierzę, że na dłuższą metę będzie się on ogólnie rozwijał (z następstwem częściowych posunięć do przodu i wstecz, jak w większości rozwojów ludzkich) według wolnego rytmu historii, zjawisk społecznych oraz ogromnie cierpliwego Boga, który posiada wieczność na spełnienie swoich projektów.

W numerach 4-6 tegorocznego wydania "Heroldo" (98.04.15 i 98.05.30) pojawił się skrócony tekst przemowy na temat "Psychologicznych Aspektów Światowego Problemu Językowego i Esperanto". Mógłby on zainteresować niektórych czytelników waszej gazety.

17) Czy ze świata duchowego otrzymał Pan jakieś znaki, że posiada Pan ważną rolę dla esperanto?

Nie. Lecz teraz, gdy mam 67 lat i patrzę wstecz na swoje życie, wydaje się ono tak celowo poukładane, aby przydało się głównie językowi esperanto, że niełatwo jest uniknąć wniosku, że zostało to zaplanowane wyżej. Następstwo przypadków i decyzji podjętych bez specjalnej uwagi w tym kierunku sprawiło, że osiągnąłem rzadko spotykany poziom kompetencji dotyczących światowej komunikacji językowej, ponieważ zanurzyłem się, nie (tylko) teoretycznie, lecz z powodów życiowych, w wielu z jej aspektów: ekonomicznym, politycznym, społecznym, psychologicznym, lingwistycznym, pedagogicznym, itd., gdy tym czasem specjaliści od komunikacji językowej są kompetentni tylko w jednym lub w dwóch z tych aspektów, a często nie z powodu własnej, długiej pracy w terenie.

Świat duchowy jest niewiarygodną siłą, która pcha mnie do pracy w tej dziedzinie. Od czasu dzieciństwa nigdy nie potrafiłem przestać działać na rzecz esperanto. Można nazwać to obsesją (tak samo u Zamenhofa), lecz przebyłem dwa długie badania psychoanalityczne i otrzymałem prawo praktykowania jako psychoterapeuta po głębokim badaniu psychicznym, które potwierdziło moje całkowite zdrowie umysłowe. Według zwykłych kryteriów jestem rzeczywiście zdrowy na umyśle i nie ujawniam negatywnych objawów patologicznej obsesji. Chodzi więc o coś innego, co czuję, jak nadchodzące "z wysoka". Ta siła jest bardzo intensywna, potężna, lecz szanuje moją wolność. Wiem, że mógłbym jej powiedzieć "nie". Lecz podoba mi się podążać za nią, praca wg niej czyni mnie szczęśliwym, a często esperantyści, którzy czytają moje dzieła lub słuchają moich przemówień, później mówią mi, że pomogłem im poczuć się bardziej szczęśliwymi. To mi potwierdza, że jeśli pozwolę tej sile pchać mnie tam, gdzie ona chce, to działam zgodnie z wolą Boga. Być może jeszcze fakt, że poprzez esperanto nigdy nie zdobyłem pieniędzy, czyni tę interpretację bardziej prawdopodobną. Podobnie, stwierdzenie, że nie odczuwam żadnej osobnej dumy, żadnej wyższości z powodu tej kompetencji i umiejętności uszczęśliwiania, lecz czuję się prostym człowiekiem nie bardziej wartościowym od językowo najbardziej nieutalentowanego wiecznego początkującego, działa jako zbieżny uprawdopodobniający czynnik dotyczący sposobu widzenia mojego życia esperanckiego.

18) Czy jest Pan tym twórcą, o którym pisze Pan na końcu swojej książki "La bona lingvo" (2)?

Tego nie mogę wiedzieć. Autor nigdy nie może się osądzać. Dla mnie nie jest to ważne. Tworzę jak najbardziej uczciwie, pięknie, szczerze, interesująco, lecz jestem człowiekiem, zatem bardzo ograniczony. Nie mogę wiedzieć, w jakim stopniu osiągnąłem ten poziom, który wymieniłem w "La bona lingvo". To może zdecydować jedynie publiczność.

19) Jak może być Pan pewny, że pojawi się taki twórca, jakiego Pan opisuje w "La bona lingvo"?

Nie jestem pewien w stu procentach. To wydaje się mi ogromnie prawdopodobne, ponieważ gdy język żyje tak intensywnie, jak obecne esperanto, z różnymi amatorskimi twórcami, prawdopodobieństwo jest duże, że jeden z nich będzie mniej amatorski od reszty. Również ponieważ istnieje prawo ekonomiczne, że gdy występuje silne oczekiwanie na jakiś towar, ktoś w końcu go wyprodukuje i zaoferuje na rynku. lecz być może całkowicie się mylę.

20) Słyszałem, że napisał Pan grubą książkę o lingwistyce i o esperanto w języku francuskim, czy pojawi się ona również po esperancku?

Moja francuskojęzyczna książka nie dotyczy lingwistyki, lecz jedynie światowego problemu językowego oraz esperanto jako jego najbardziej "zdrowego umysłowo" rozwiązania. W rzeczywistości jest ona bardziej psychologiczna niż lingwistyczna. W dużej części bazuje na moim doświadczeniu jako niegdysiejszy tłumacz oraz na mojej znajomości od środka instytucjonalnych usług językowych i możliwości nauczania języków. Nie wiem, czy kiedyś pojawi się ona w esperanto. Zacząłem ją tłumaczyć, jednak jest to bardzo czasochłonne zajęcie. Osiągnąłem tylko początek drugiego rozdziału, a to było przed trzema laty. Od tego czasu nie znalazłem już czasu, aby nad nią pracować. Potrzebowałbym przynajmniej trzech równoległych żyć, aby zrealizować wszystko, co powinienem.

Bardzo obiektywną recenzję tej książki, stworzoną przez Roberta Philipsona, profesora katedry językowej na uniwersytecie w Roskilde, (<robert@babel.ruc.dk>), którego osobiście nie znam, można znaleźć w magazynie "Language in Society", 26:1 (1997), str. 143-147.

21) Powiedział Pan rozwiązanie najbardziej "zdrowe umysłowo", czy to znaczy, że wierzy Pan jednak w "la fina venko"(3)?

Niezbyt podoba mi się to słowo "venko" (zwycięstwo), które wywołuje wrażenie, że jedni zyskują, a inni tracą, jakby istnieli nadludzie i podludzie. Wierzę, że wszyscy zyskają przez przyjęcie esperanto. Wierzę również, że kiedyś esperanto rzeczywiście stanie się ogólnym narzędziem do porozumiewania się pomiędzy osobami mówiącymi różnymi językami. Można to przewidzieć, jak można było przewidzieć ostateczne przyjęcie cyfr arabskich i praktyczne porzucenie cyfr rzymskich, jak można było przewidzieć porzucenie starych miar na korzyść bardziej wygodnego systemu metrycznego. Lecz być może się mylę.

22) Wydaje się mi, że Pańskie doświadczenie i wiara naprawdę pokrywają się z Kosmologią Martinusa. Czy interesuje się Pan twórczością Martinusa?

Wiem o istnieniu zbioru dzieł Martinusa, lecz nie znam ich zawartości. Interesowałbym się nimi, gdybym miał do dyspozycji więcej czasu, a nie dziwiłbym się, że dobrze pokrywają się z moją wiarą i doświadczeniem.

Jeśli czytelników interesuje dowiedzenie się więcej o moich ideach i doświadczeniach na polu duchowym, mogą dalej pytać.


1. Homaranizm – Projekt Zamenhofa na temat "międzyludzkiej filozofii", podjęty jako niezbędny dodatek do "języka międzynarodowego". Zamenhof prawdopodobnie uważał obie te rzeczy za równie istotne dla przyszłego pokoju obejmującego całą Ziemię.

2. "La bona lingvo" – książka autorstwa Claude'a Pirona opisująca wartości esperanto ze strukturalnego i humanistycznego punktu widzenia.

3. La fina venko (ostateczne zwycięstwo) – idea, że esperanto stanie się w jakiejś postaci  znanym językiem świata, lecz pojęcie "fina venko" z przyczyn historycznych czasem jest uważane za wyraz fanatyzmu, stronniczości, itp.

Za pomocą poczty internetowej pytał i zredagował HGL z pewną pomocą HvR


La letero al prizorganto de la Edukada Servo

Via email: (se vi volas ricevi respondon)
La temo:
Atenton: ← Enskribu la vorton  ilo  , alie la letero pereos

Skribu la leteron sube (ne pli ol 2048 literoj).

La nombro de literoj por uzado: 2048


I Liceum Ogólnokształcące
im. Kazimierza Brodzińskiego
w Tarnowie

(C)2017 mgr Jerzy Wałaszek
GNU Free Documentation License.