obrazek

Tekst prelekcji w języku esperanto zaprezentowanej z kasety przez Claude Pirona
z okazji zjazdu w mieście Cully w Szwajcarii we wrześniu 1994 roku


Skłonność do dokonywania podziałów
Ignorowanie cierpienia
Trzy systemy porozumiewania się
Ostateczne zwycięstwo
Manifest: czy drugie stadium w procesie dialektycznym?

 

Temat jest obszerny. Lecz mój wkład ograniczy się do Raŭma Manifesto. Dlaczego? Ponieważ, jak zobaczycie w mojej konkluzji, znajduje się on w centralnym miejscu historii esperantyzmu. Oczywiście wyrażenie "Dokąd esperanto?" jest dwuznaczne: czy znaczy ono "dokąd ono zmierza?", czy "gdzie ma ono pójść?". Na szczęście wg mojego wyobrażenia nie ma problemu, ponieważ zmierza ono tam, gdzie ma pójść, mianowicie: do ostatecznego zwycięstwa. O tym ostatecznym zwycięstwie jeszcze później pomówię. Zapewne wielu z was jest sceptycznych, a kilku już teraz zaczyna się ironicznie uśmiechać. Nie szkodzi. Zawsze przechowywałem w sobie pewną dziecięcą naiwność, która przyniosła mi tak wiele radości w życiu, że nie miałoby sensu zrezygnowanie z niej na korzyść pseudo-realistycznego pesymizmu, który nie promieniuje wokół siebie szczęściem. Lecz o tym później. Teraz wyjaśnię wam, jak reaguję na Manifest z Raumy.

 

Skłonność do dokonywania podziałów

Jedną z jego cech jest wola dokonywania podziału, która się w nim wyraża. Dzieli esperantystów na dwie grupy: istnieją oni oraz jesteśmy my. W podtekście: oni nie mają racji, my ją mamy; oni są partaczami, ludźmi z idealistycznymi, nierealistycznymi celami, my obaliliśmy mity i widzimy obiektywnie; oni wybrali niewłaściwą drogę, tę właściwą wybraliśmy my.

Ten podział wydaje się mi niewłaściwym. Narzuca on sztywne granice w rzeczywistości różnej, ruchomej, elastycznej, której to uproszczone podejście nie potrafi złapać.

Analiza celów pierwotnych w punktach 1 i 2 Manifestu nie zgadza się z moim doświadczeniem. Być może po prostu ten ułamek esperantystów, z którym mam stosunki, nie jest wystarczająco reprezentatywny dla ogółu esperantystów. Lecz czy autorzy Manifestu bazowali na bardziej reprezentatywnej próbce? Nic nie pozwala w to wierzyć. Faktycznie podejrzewam tu mechanizm psychiczny, który nazywa się projekcją. Natychmiast gdy dokonano podziału społeczności na dwie części, oni i my, ci "oni" przyjęli w uproszczeniu naszkicowane złe cechy, które bardziej należą do sfery wyobraźni niż do rzeczywistości. Na przykład, nigdy nie spotkałem esperantysty, który faworyzowałby "obalenie angielskiego", jak mówi Manifest, lub który wierzyłby w możliwe, oficjalne przyjęcie esperanto w latach 80-tych, czy nawet 90-tych. Taki opis jest karykaturą tych esperantystów, co do których posiadam doświadczenie.

Do punktu 3 posiadam tę samą rezerwę, którą odczułem przy pierwszym czytaniu. Nie wyobrażam sobie mojego bycia esperantystą jako "przynależności do samodzielnie wybranej, rozproszonej po świecie mniejszości językowej". Zachowałbym tę tożsamość, nawet gdyby większość ludzi praktykowała esperanto. Jest faktem, że, będąc esperantystą, teraz należę do mniejszości, lecz to zupełnie nie jest istotne. Nawet tutaj spostrzegam u autorów skłonność do podziału, rozdzielania, tym razem już nie podziału wśród esperantystów, lecz podziału u ludzkości: z jednej strony większość nie interesująca się językiem esperanto, którzy to "oni", oraz z drugiej strony mniejszość z innymi celami oraz zainteresowaniami, którzy to "my". Niebezpieczeństwem takiego podziału jest to, że ryzykuje się poczucie odrębności z powodu wyższości, a temu nie ufam.

Rzeczywiście jest interesujące, że skłonność do dokonywania podziałów, która wg mnie charakteryzuje Manifest, znajduje się na trzech poziomach: w ludzkości, jak właśnie powiedziałem, wśród esperantystów oraz w samym esperantyście, co pojawia się w punkcie pierwszym zatytułowanym Kryzys tożsamości

Tu autorzy zauważają u esperantystów podział na superego skłonne do przewidywań i kochające mity oraz ego, z powodu którego, wg nich, po prostu cieszymy się językiem esperanto wśród nas. Podobny opis zupełnie nie wyraża rzeczywistości takiej, jak ją odbieram. Superego jest przecież częścią nas, która działa jak autorytet. Mocno wątpię, czy esperantyści skłonni do propagandy robią to z powodu poczucia moralnego obowiązku. Przypuszczam, że to zachowanie wyrasta w ego, podobnie jak przyjemność znalezienia się wśród nas i cieszenia się tym językiem. Dokładnie tak, ponieważ uważamy esperanto za coś zachwycającego, cudownego, wzbogacającego duszę i serce, coś, co dla wielu z nas zmieniło nasze życie w ogromnie pozytywnym sensie, właśnie dlatego tryska z nas pragnienie rozgłaszania go jak skarb. Moim zdaniem większość esperantystów jest skłonna do rozpowszechniania go, powodowania jego uznania, przyjęcia go jako język oficjalny po prostu tak, jak zakochany skłania się do opowiadania wszystkim o swojej miłości, o prześlicznej osobie, którą spotkał i kocha. To absolutnie nie wyrasta z superego, które autorytatywnie dyktuje obowiązki i które, jeśli nie wykonuje się jego nakazów, tworzy poczucie winy. Przeciwnie, jest to typowe zachowanie człowieka z uczuciem, które musi się wypromieniować, ponieważ przemilczenie wspaniałości napotkanego skarbu byłoby po prostu niemożliwe. Opis ten jest wiążący dla znakomitej większości propagandystów, których spotkałem lub z którymi współpracowałem. Idąc dalej, wcale nie istnieje konflikt pomiędzy superego a ego, lecz ogólnie jest osobowość o mocnych uczuciach, które nie potrafią nie ujawniać się na zewnątrz, nie potrafią zaprzestać prób wprawienia w entuzjazm jak największej liczby innych ludzi.

Że powoduje to, iż przekraczamy granice obiektywności w wywiadach, to przykładowo wyrasta to po prostu z potęgi miłości. Człowiek, który bardzo kocha, jest skłonny do ogromnego chwalenia ukochanej osoby oraz przesadzania z jej pięknem. Gdyby w takim przypadku odgrywało rolę superego, to wcale nie zachęcałoby do przesadnie dużego wychwalania, zmusiłoby daną osobę do obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość, a ten, który przesadzał, poczułby się później przyciśnięty przez poczucie winy za swoje oszustwo, co po prostu nie zdarza się u naszych propagandystów.

Zatem podział pomiędzy superego a ego wydaje się mi niewłaściwy, jest dalszym skonkretyzowaniem jakiejś, prawdopodobnie nieświadomej potrzeby dzielenia i oddzielania. Oczywiście można żałować użycia fachowych terminów w ogólnym tekście: to samo da się powiedzieć prościej i jaśniej.

 

Ignorowanie cierpienia

Ta skłonność do oddzielania, dzielenia, odcinania części z całości prowadzi do nieporozumienia na temat tożsamości typowego esperantysty, przynajmniej jeśli osądzam według tych, których znam. A to sprowadza mnie do innego uczucia, które miałem, czytając Manifest. Uczucia związanego z żalem i brakiem.

Manifest zupełnie ignoruje to, że na świecie istnieje problem komunikacji językowej, że ten problem powoduje mnóstwo cierpień i że esperanto pojawiło się jako sposób leczenia odnośnej przyczyny cierpienia. Nie tylko pojawiło się jako lekarstwo, lecz również okazało się skutecznym lekarstwem tam, gdzie je zastosowano.

Ten mój punkt widzenia wzmocnił się, odkąd od zeszłego roku pracuję z uchodźcami. Ileż udręk, komplikacji, cierpień niesie z sobą brak narzędzia do komunikacji językowej! Gdy stoicie, jak się mi przydarzyło, przed kobietą, która przeżyła kryzys histeryczny, a która mówi tylko po albańsku i wasza możliwość pomocy jest praktycznie zerowa z powodu braku narzędzia do porozumiewania się, to już więcej nie będziecie uważali swojego bycia esperantystą jako prostej przyjemności posługiwania się tym językiem wśród nas. Ta osoba w oczywisty sposób potrzebowała pomocy psychologicznej, i bez wątpienia otrzymałaby ją, gdyby istniał wspólny język z psychoterapeutą. Lecz do dyspozycji nie było żadnego wspólnego języka. Nieco później do tego samego centrum przybył uchodźca z Kosowa, który wcześniej uczył się esperanto. Oprócz esperanto znał tylko albański. Zatem, chociaż nie przeznaczył dużo czasu na tę naukę, sytuacja była zupełnie inna. Tego młodzieńca mogłem wysłuchać i pomóc mu. Wśród innych uchodźców w tym centrum wielu posiadało jakieś umiejętności w angielskim, niemieckim, rosyjskim, które zdobyli przez lata nauki w szkole. Lecz mimo że i ja poświęciłem mnóstwo czasu na te języki, porozumiewanie się z nimi było bardzo wolne, płytkie, niemrawe, męczące, jednym słowem frustrujące. Nie dosyć skuteczne, aby wykonywać powierzoną mi pracę.

Podobne przeżycia są dla mnie kolejnym dowodem, że problem porozumiewania się jest ważnym problemem ludzkim, że esperanto jest rozwiązaniem wielokrotnie bardziej skutecznym od innych, i że nie zrobienie wszystkiego co możliwe w celu powiadomienia społeczeństwa o tym problemie i jego rozwiązaniu jest równoznaczne z odmową pomocy zagrożonym osobom. Gdy istnieje choroba i znane jest skuteczne lekarstwo, ci, którzy nie próbują rozpowiadać o skuteczności tego lekarstwa, nie robią wszystkiego, co należałoby normalnie zrobić. Nie dla jakieś moralności superego. Lecz po prostu z powodu zwykłego poczucia solidarności, które żyje w ego, gdy ono staje się dojrzałe.

Więc żałuję, że Manifest z Raumy zupełnie pomija uwalniającą od cierpienia funkcję esperanto oraz że wielu z jego zwolenników stara się wpoić nam wiarę, iż problem istnieje tylko w wyobraźni esperantystów, iż świat nie potrzebuje esperanto, iż ludzkość funkcjonuje całkiem dobrze bez niego.

Tego nie mogę zaakceptować. Sytuacje językowego upośledzenia są ogromnie liczne, a esperanto pozwala ich unikać. Problem, którego większość nie jest świadoma, może być wystarczająco ważny, aby uszanować działania mające na celu pozbycie się go. Ludność poddana promieniowaniu atomowemu, jak zdarzyło się w okolicy Czarnobyla, nic nie czuje, a nie byłaby niczego świadoma, gdyby jej nie poinformowano. Czy to usprawiedliwia brak wszelkich działań? Że duża większość ludzkości nie jest świadoma, iż istnieje skuteczny sposób pokonania oniemień, jąkań, poniżeń i niesprawiedliwości powodowanych przez obecny system komunikacji językowej, to nie usprawiedliwienia pozostawienia jej w tej niewiedzy. Wystarczy, że będzie się szanować wolność, tj. że nie będzie się narzucać tego rozwiązania odnośnym osobom. Lecz pomiędzy narzucaniem rozwiązania a powiadamianiem o jego istnieniu jest przeolbrzymia różnica.

 

Trzy systemy porozumiewania się

Jak wyjaśniłem w maju na forum młodzieżowym w Nowosybirsku, dokąd zostałem zaproszony przez rosyjski oddział TEJO, aby zając się problemami międzyludzkiej komunikacji, w naszym obecnym społeczeństwie istnieją trzy systemy stosowane do przezwyciężania trudności związanych z różnorodnością językową: biurokratyczny, dziko-kapitalistyczny i demokratyczny. System biurokratyczny stosowany jest przez ONZ, Unię Europejską i podobne im organizacje: wydaje się niewiarygodnie wysokie kwoty pieniężne, traci mnóstwo czasu i energii elektrycznej oraz nerwowej przy miernych wynikach. System dziko-kapitalistyczny kieruje się prawem dżungli: najsilniejszy narzuca swój język, tak działo się w przeszłości z francuskim, a obecnie dzieje się z angielskim. System demokratyczny jest systemem, który nie udziela osobnej potęgi jednej kulturze lub narodowi przy jednoczesnym unikaniu niesamowitego marnotrawstwa i nieefektywności systemu biurokratycznego. Dobrym przykładem takiego systemu jest esperanto.

Dla mnie warte jest poznanie faktów i udostępnienie ich ogółowi. Na przykład, jeśli chodzi o system biurokratyczny, nie jest mi obojętne, że Unia Europejska tłumaczy codziennie od trzech do czterech milionów słów przy takim koszcie, że każde słowo kosztuje tyle, ile jest potrzebne na uratowanie życia trzem dzieciom, które umrą z powodu biegunki. Gdzie idą pieniądze społeczeństwa, podatników, to wcale nie jest nieważne. Oczywiście komunikacja językowa jest tylko jednym aspektem o wiele obszerniejszego problemu, lecz jest aspektem, który warto uświadomić innym. Jeśli porówna się niskie koszty ludzkiej solidarności, która nie może się zrealizować z powodu braku pieniędzy, z przewysokimi kosztami biurokratycznego sposobu komunikacji językowej, natychmiast stanie się widoczne, jak dalece warto przebudować obecny światowy porządek porozumiewania się.

Podobnie nie jest mi obojętne, że przy systemie dziko-kapitalistycznym setki milionów dzieci na całym świecie cierpią, opanowując w trudzie język, którym nigdy nie będą w pełni władać, a którego praktyczna przydatność w wielu sytuacjach jest po prostu iluzoryczna. I nie jest obojętne, że USA za pomocą swoich filmów, magazynów, powieści posiada wpływ, który zmienia sposób myślenia i odczuwania całych narodów tylko z tego powodu, że język angielski, dzięki swojej potężnej pozycji, pośredniczy w zalewie świata ich kulturalnymi towarami. Towary te stoją na drugim miejscu na liście eksportowej USA. Wywołują one hipnotyczny skutek w społeczności światowej aż do stopnia niebezpiecznego kulturowo. Jak niedawno podkreślił artykuł w Time (Frederick Painton, "America: the price is right", Time, 22 sierpień 1994, str. 36), "Na całym świecie istnieje niezaprzeczalna fascynacja wszystkim co amerykańskie, podsycana przez filmy hollywoodzkie oraz amerykańskie seriale i felietony telewizyjne". Że jedna kultura wpływa na inną, to zupełnie nie byłoby irytujące, jeśli zjawisko byłoby ogólne: występowałoby wzajemne zapładnianie się kultur tak, jak do pewnego stopnia zdarza się w świecie esperanckim. Lecz, niestety, wpływ kulturalny przenoszony poprzez język angielski jest jednokierunkowy, zupełnie nie występuje wzajemność, co nie tak dawno temu zauważył inny amerykański dziennikarz: Amerykanie nie oglądają zagranicznych filmów, nie czytają zagranicznych powieści, nie słuchają zagranicznych piosenek, nawet już nie czerpią słów z innych języków (Nicholas D. Kristof, "Benefits of Borrowing Le Bon Mot", International Herald Tribune, 25 lipiec 1994).

To są jedynie wybrane przykłady spośród tych, które mógłbym zacytować. O wynaturzonych skutkach obecnego światowego systemu komunikowania się będę miał odczyt w Paryżu podczas przyszłorocznych Zielonych Świątków z okazji Europejskiego Kongresu Esperantystów. Przedstawię je szczegółowo. Tutaj chcę jedynie zaakcentować, że, ignorując je, Manifest z Raumy, wg mojego punktu widzenia, przegapia ważny aspekt esperanto, tj. rolę, którą może ono odegrać na świecie przy eliminacji wielu cierpień lub sytuacji niebezpiecznych kulturowo, które dwa pozostałe systemy, biurokratyczny i dziko-kapitalistyczny, tylko ciągle pogłębiają.

Wierzę, że w tym względzie esperantyści posiadają odpowiedzialność. Są oni w sytuacji lekarza, który wie o metodzie mogącej złagodzić cierpienie: ma on obowiązek powiadamiania o niej, nawet gdy jego siły są minimalne, nawet gdy społeczeństwo, ze względu na swój naturalny opór, egoistyczne interesy, lęki żyjące nieświadomie na dnie psychiki, mocno mu się sprzeciwia. W mojej opinii, jest pożałowania godne, iż Manifest z Raumy zupełnie ignoruje ten aspekt esperantyzmu.

 

Ostateczne zwycięstwo

W różnych tekstach członkowie Manifestu są skłonni do patrzenia z góry, bez szacunku na wyrażenie "fina venko" (ostateczne zwycięstwo), którego tak często i z takim zapałem używali nasi poprzednicy. Wg mnie, ma ono jednak rację bytu. Gdy pracowałem w Światowej Organizacji Zdrowia, często tam mówiono o ostatecznym zwycięstwie nad ospą. Instytucja ta intensywnie pracowała nad osiągnięciem tego ostatecznego zwycięstwa, i, chociaż większość społeczeństwa prawie nic o tym nie wiedziała, udało się jej. Dzięki temu ospa została wyeliminowana ze świata, zaoszczędzono wiele cierpienia wielu ludziom.

Nie jest to jedyny przykład. Wśród moich znajomych jest osoba odpowiedzialna w tej samej organizacja za strategie walki z chorobą Heinemedina. Również on niedawno powiedział mi, że ostateczne zwycięstwo nad tą chorobą w skali światowej wydaje się teraz względnie bliskie. Być może dziesięcioletnia praca w środowisku poświęconym zdrowiu publicznemu zniekształciła mój charakter, lecz dla mnie zapasy z cierpieniami, frustracjami, niesprawiedliwościami, mękami oraz innymi objawami systemów biurokratycznego i dziko-kapitalistycznego przy komunikacji językowej należą do podobnej dziedziny. A że chodzi o zdrowie psychiczne i społeczne, a nie o fizyczne, to niczego nie zmienia: powiązane są ze sobą wszystkie aspekty człowieka.

Jak pokazałem w mojej książce Le défi des langues, obecny system komunikacji językowej na świecie przedstawia wszystkie cechy neurozy. Dlatego nie widzę, czemu mielibyśmy pogardzać tymi, którzy walczą o rozpowszechnienie wiedzy na temat języka esperanto oraz światowego problemu językowego, a którzy uważają osiągnięcie tego celu za "fina venko". Troszeczkę więcej tolerancji nie zaszkodzi.

Teraz mogę wyjaśnić moją odpowiedź na pytanie: dokąd esperanto? Na początku powiedziałem, że idzie ono tam, gdzie idzie, mianowicie ku ostatecznemu zwycięstwu. Dla mnie to ostateczne zwycięstwo składa się z tego, że społeczeństwo powszechnie odkryje, ile cierpień niesie z sobą obecny porządek porozumiewania się na świecie (lub bardziej poprawnie: bałagan komunikacyjny), jak jest on niebezpieczny dla kultury, jak prowadzi do etycznie nieakceptowalnego wyboru priorytetów w używaniu pieniędzy społecznych, itd. itd. Gdy ta świadomość stanie się faktem oraz to, że esperanto leczy to zło, społeczeństwo przyjmie ten język międzynarodowy jako zwykłe lekarstwo do porozumiewania się między osobami mówiącymi różnymi językami. Nie mam wątpliwości, że kiedyś to ostateczne zwycięstwo stanie się rzeczywistością, innymi słowy, że świat pewnego dnia przyjmie nowy, bardziej sprawiedliwy i bardziej wygodny porządek porozumiewania się oparty na używaniu esperanto (lub być może innego języka o podobnych cechach). Nie mam tylko pojęcia, kiedy to się wydarzy. Być może będzie to wymagało czterystu lat, może jedynie dwustu, może już po dwudziestu lub trzydziestu latach będziemy bardzo bliscy celu. Rytm współświadomości jest nieprzewidywalny, a rolę zawsze mogą odegrać elementy przypadkowe.

W mojej opinii esperantyści, nieprzyjaciele języka esperanto oraz osoby obojętne mogą przyspieszyć lub opóźnić ten proces, lecz nie mogą wpłynąć na jego wypełnienie się; ono zależy od faktów społeczno-historycznych, które są ponad jednostkami. Oczywiście, wiele z tego, co robimy dla esperanto, zależy od naszej woli, lecz jeszcze więcej zdarza się bez naszego udziału.

To bardzo dobrze odczuwam w stosunku do siebie. Nie byłem w stanie porzucić esperanto, nie mogłem nie walczyć ze światowym bałaganem komunikacyjnym. To nie ja złapałem i używam esperanto, lecz to esperanto złapało i używa mnie. W tym względzie wielu ludzi jest podobnych do mnie. Oto urywek z listu, który właśnie otrzymałem z pewnego kraju na Środkowym Wschodzie:

"Sądzę, że cierpię na zaburzenie psychiczne, które jest przeciwne temu, które zdiagnozowałem u szerokiej rzeszy społeczeństwa: opór psychiczny przeciw esperanto. Wierzę, że cierpię na esperantozę, mianowicie na zbytnią miłość do naszego języka, co objawia się ciągłym zajmowaniem się i obsesją na każdy temat związany z esperanto (...) W rzeczywistości rozkoszuję się swoją chorobą i wcale z jej powodu nie cierpię".

       Ten człowiek prosi mnie o pomoc psychoterapeutyczną, a z jego pełnego listu staje się całkiem jasne, że całkiem poważnie traktuje się jako chorego umysłowo. Wydaje się, że poczuł się nienormalnie z powodu drwin środowiska, odwiedził psychiatrę, który zdiagnozował jego zainteresowanie językiem esperanto jako chorobę obsesyjną. Lecz ten pomysł pochodzi tylko ze stwierdzenia, że jego skłonność zajmowania się tym językiem jest silniejsza od niego, od jego woli. W mojej opinii nie ma w tym nic chorego. Z chorobą mielibyśmy do czynienia tylko wtedy, gdyby dawała więcej bólu od szczęścia, gdyby posiadała negatywne konsekwencje dla jego rodziny oraz osób go otaczających, gdyby przeszkadzała mu funkcjonować normalnie w codziennym życiu. Lecz jeśli z tej obsesji wynika tylko dobro społeczne oraz indywidualne szczęście, to nie widzę powodu, dla którego powinno się to określać chorobą. Wielu naukowców, wielu fanów sportowych, hobbystów, muzyków lub marzycieli, którzy globalnie wzbogacają życie ludzkości, posiadają podobne skłonności, silniejsze od własnej woli. Ponieważ esperanto wyzwala takie nieopanowane impulsy działania na jego korzyść w ludziach należących do różnych kultur (znam licznych Chińczyków, Japończyków, mieszkańców Ameryki Południowej oraz Afrykańczyków, którzy posiadają identyczne objawy esperantozy), to możemy być pewni, że ich wpływ krok po kroku stanie się odczuwalny z takim wynikiem, że ludzkość uświadomi sobie swoją chorą sytuację względem komunikacji międzyludzkiej oraz pozna wartość lekarstwa o nazwie "esperanto".

Że społeczeństwo jest ogólnie chore, można to zobaczyć wg kryteriów podobnych do tych, których używałem przy powyżej zacytowanej osobie: system ten tworzy więcej cierpienia od szczęścia, więcej frustracji od zadowolenia, więcej usterek od efektów, więcej niesprawiedliwości od sprawiedliwości, itd. Prawdopodobnie esperantoza, którą w wyobraźni ma mój korespondent, jest reakcją społeczeństwa, historii, kolektywnej intuicji ludzkości na wyzwanie, które usterki te przedstawiają dla niej. Dlatego jest ona silniejsza od indywidualnej woli u ludzi, którzy zostaną nią zainfekowani. Jesteśmy częścią uzdrawiającego procesu społecznego, nieważne, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie.

Oczywiście jest to tylko moja opinia. Wielu uzna ją za fantazję, być może zbytnio mistyczną, a stąd w faktycznie potraktuje mnie jak szaleńca. Nie zapominajcie jednak, że kryteria dotyczące szaleństwa są bardzo względne w zależności od społeczeństwa, grupy ludzi, szkoły psychologicznej lub psychiatrycznej. Używajcie własnych. Czuję się szczęśliwy i pełen chęci do tworzenia w mojej działalności esperanckiej, nikomu to nie szkodzi,  nie zawadza mi to w życiu, nie używam ani środków nasennych, ani innych lekarstw psychoaktywnych, więc posiadam wystarczające motywy, aby uważać się za zdrowego umysłowo (co, oczywiście, zostało oficjalnie potwierdzone, gdy otrzymałem prawo do wykonywania zawodu psychoterapeuty).

Lecz na miliony innych sposobów można być zdrowym umysłowo. Jednym z nich jest wierność swojemu esperantyzmowi, chociaż bez akceptacji mojego mistycznego punktu widzenia. Innym może być całkowite odrzucenie języka esperanto, jako czegoś nieinteresującego. Więc moim celem zupełnie nie jest przekonywanie kogokolwiek, jedynie odpowiedzenie na prośbę Nicole Margot, abym wyraził na ten temat swoją opinię.

 

Manifest: czy drugie stadium w procesie dialektycznym?

Ze wszystkiego, co dotychczas powiedziałem, być może odnieśliście wrażenie, że mój stosunek do Manifestu z Raumy jest negatywny. Przed zakończeniem ważne jest, abym skorygował to wrażenie. Z dużą częścią ducha Manifestu z Raumy zupełnie się zgadzam. W rzeczywistości moja krytyka lub, może bardziej poprawnie, odczucie, że inaczej od autorów określam swoje miejsce, odnosi się jedynie do dwóch pierwszych punktów. Lecz co do trzech ostatnich punktów posiadam taką samą opinię. Zdefiniowane cele zgadzają się z moimi, jedyną różnicą jest to, że moje cele zawierają coś innego, co właśnie wyjaśniłem, a mianowicie powiadamianie społeczeństwa o leczniczym efekcie naszego źle znanego języka. Również o użyteczności kongresów w pełni się zgadzam, jak również o idei, że mamy coś do powiedzenia i że powinniśmy to pokazać światu. Przypuszczam, że Manifest przyczyni się trochę do otrzeźwienia esperantystów lub ich części, a to jest konieczne. Często pożyteczne jest, aby zakochany otrzeźwiał na nowo.

Skłaniałbym się na umieszczenie Manifestu z Raumy w procesie dialektycznym zgodnie z koncepcją Hegla. To wyjaśniłoby tendencję podziału, którą w nim zauważam. Wg tej hipotezy punkt widzenia poprzedników omawianych w punktach 1 i 2 jest tezą. Manifest z Raumy w oczywisty sposób się im sprzeciwia. Zatem prezentuje on antytezę. Być może dzisiejsze zebranie przygotowuje nadejście syntezy. Ta pojawi się, gdy zachowamy dobre punkty Manifestu lub jego ducha, lecz uda nam się złagodzić jego nietolerancję, brak szacunku, które go karmią w związku z celami pierwotnymi, i uzupełnimy go przez zwiększenie uwagi na potencjał społeczny języka esperanto, na jego leczniczą wartość na świecie, gdzie upośledzeni językowo stają się coraz bardziej liczni, w ludzkości, która koniecznie potrzebuje Nowego, Światowego Porządku Komunikacji Językowej.

Mam nadzieję, że nie zanudziłem was zbytnio tą długą paplaniną, a żałuję, że nie ma mnie wśród was, aby przedyskutować te i inne związane z tym punkty, Tak to już jest, niestety. Pozdrawiam was wszystkich przyjacielsko i życzę, aby wasza dyskusja była umysłowo i duchowo wzbogacająca oraz przyniosła owoce. Dziękuję wam za uwagę.

 


La letero al prizorganto de la Edukada Servo

Via email: (se vi volas ricevi respondon)
La temo:
Atenton: ← Enskribu la vorton  ilo  , alie la letero pereos

Skribu la leteron sube (ne pli ol 2048 literoj).

La nombro de literoj por uzado: 2048


I Liceum Ogólnokształcące
im. Kazimierza Brodzińskiego
w Tarnowie

(C)2017 mgr Jerzy Wałaszek
GNU Free Documentation License.