obrazek

Szanowna Pani Donovan,

Odnoszę się do Pani artykułu w Cafebabel.

Wybór esperanto, jak Pani pisze, "nieuchronnie doprowadziłby do tego, iż politycy posługiwaliby się innym językiem w stosunku do swojego elektoratu, co praktycznie oznaczałoby usunięcie członu demos (po grecku – lud) ze słowa demokracja (z greckiego – rządy ludu)."

Obawiam się, że pomieszała Pani ze sobą dwie różne sytuacje. Relacja politycy-politycy jest czymś zupełnie innym od relacji politycy-elektorat. Najważniejszą rzeczą w relacji politycy-politycy, jeśli cenimy demokrację, jest to, że znajdują się oni na równym poziomie. Nie ma żadnej równości, jeśli osoby nieanglojęzyczne mają używać języka angielskiego w spotkaniach lub we współdziałaniu ze swoimi kolegami, którzy są rodzimymi użytkownikami angielskiego. Jest to przeciwieństwem ducha demokracji, ponieważ daje niesprawiedliwą przewagę danej grupie ludzi bez żadnych zasług z ich strony.

 O ile nie należymy do wąskiej grupy osób, które zostały wyjątkowo uprzywilejowane w dziedzinie języków, gdy wyrażamy się w jakimś języku obcym, to jesteśmy jak osoba praworęczna zmuszona do używania lewej ręki. Jesteśmy niezgrabni, torturujemy swój mózg w poszukiwaniu właściwego słowa, posiadamy akcent, który brzmiąc dziwacznie, śmiesznie lub po prostu egzotycznie, przedstawia nasz obraz będący w sprzeczności z naszym prawdziwym ja, które jest odbierane przez naszych rodaków, gdy używamy naszego własnego języka, nasze słownictwo jest ograniczone, zatem nie mówimy dokładnie tego, co chcemy, umyka nam wiele niuansów: nasza swoboda wyrażania się zostaje ograniczona, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi.

Parlament Europejski podkreślił następujące stanowisko w raporcie dotyczącym używania języków:

"Ktokolwiek usiłował nauczyć się języka obcego, ten wie, że prawdziwa umiejętność posługiwania się nim występuje rzadko. Z reguły język ojczysty jest jedynym, który można opanować ze wszystkimi jego subtelnościami. Nie ma wątpliwości, że dana osoba czuje się politycznie najpotężniejsza, gdy wyraża się w swoim własnym języku. Używanie języka ojczystego jest jak cieszenie się przewagą nad tymi, którzy – ochoczo lub nie – są obarczeni językiem nie będącym ich własnym." (Parlament Europejski, Rapport sur le droit à l'utilisation de sa propre langue, 22 marca 1994, str. 10.)

Z powodów odnoszących się do neuropsychologii (zobacz na Claude Piron, "Le défi des langues", Paryż : L’Harmattan, wydanie drugie, 2001, rozdziały 6 i 7, również na streszczenie tej książki), esperanto jest jedynym językiem obcym, w którym można się czuć tak samo swobodnie jak w języku ojczystym. Przy takim samym wieku ucznia oraz równej liczbie godzin tygodniowo, sześć miesięcy nauki esperanto daje zdolności komunikacyjne, których osiągnięcie w przypadku języka angielskiego wymaga sześciu lat. Wystarczy praktycznie porównać kilka międzynarodowych sesji, połowę po angielsku, połowę po esperancku, aby zobaczyć jak dalece ten drugi przewyższa swojego rywala bez względu na wybrane kryterium: spontaniczność, równość pomiędzy uczestnikami, precyzja, bogactwo wyrażania się, humor, itp. (zobacz do mojego artykułu “Komunikacja językowa – studium porównawcze w terenie”). To rozwiązanie jest niezaprzeczalnie najbardziej demokratyczne: nikomu nie darowuje się wysiłku nauki tego języka z powodu jego miejsca urodzenia, lecz wymagany wysiłek jest całkiem rozsądny w porównaniu z innymi językami: dla wszystkich uczestników jest to kwestia kilkunastu miesięcy nauki.

Co więcej, jeśli esperanto zostałoby zaadoptowane na poziomie politycy-politycy, oznaczałoby to uznanie jego wartości przez rządy. Takie oficjalne uznanie zachęciłoby prostych obywateli do nauki tego języka, co nie jest wcale czymś wielkim. W ten sposób luka pomiędzy politykami a elektoratem znikłaby. Demos wróciłoby do demokracji po prostu przez uczciwą i faktyczną informację na temat sytuacji językowej oraz wyników obiektywnego porównania różnych rozwiązań stosowanych przez ludzkość do przezwyciężania barier językowych.

Mądrze byłoby przedstawić powyższe rozważania w świetle danych zebranych przez profesora ekonomii Françoisa Grina na temat różnych opcji w polityce językowej, a szczególnie wziąć pod uwagę dwa fakty, które podkreślił on w ostatnim raporcie (L’enseignement des langues vivantes étrangères comme politique publique, Geneva : Service de la recherche en éducation, 2005) :

  1. Korzyści, które ciągnie Wielka Brytania z obecnego dominującego statusu języka angielskiego można oszacować na 17 miliardów euro rocznie (nie licząc oczywiście przewagi, którą cieszą się jej obywatele w jakiejkolwiek dyskusji czy negocjacjach);
  2. Kwota netto, którą mogłaby zaoszczędzić Europa po przyjęciu esperanto może być oszacowana na 25 miliardów euro rocznie.

Biorąc pod rozwagę wszystkie te fakty, czy można jeszcze mieć jakiekolwiek wątpliwości co do tego, które z rozwiązań jest najbardziej demokratyczne?

Z poważaniem,

Claude Piron

 

Komentowany artykuł w oryginale
(brak zgody na tłumaczenie)

Cacophony in the EU

With 21 official languages to be translated and interpreted, the EU leaves other international organisations such as the UN (which works in a mere six languages) trailing far behind in the diversity stakes. But this multiplicity does not come cheap. According to the Eurydice information network, the EU system now requires around 2000 translators and 80 interpreters per day, costing €1 billion per year.

Intra-national confusion

The increase in the number of officially recognised languages has put extra strain on the translation departments of the Union, increasing bureaucracy and slowing the decision-making process down. And yet, just at a time when more resources are needed, it looks likely that in the next budget the Commission’s administrative allowance will be cut – and with it the money available for translation and interpreting services. This has provoked grave concerns about the future of translation, as one interpreter interviewed put it, “if the number of languages increases but the budget doesn’t, the quality of the translation and interpretation systems will have to decrease – which is already happening.”

The practical challenges of finding someone who is able to translate from Maltese to Estonian or Finnish to Slovak are difficult enough to overcome, with many translation positions being left unfilled due to a lack of qualified candidates. The temporary answer has been the establishment of a “relay translation” system whereby languages are translated from one to another via an intermediary language. The potential for misunderstanding in this game of diplomatic Chinese whispers poses severe problems for some of the eastern member countries who are finding themselves on an unequal footing with their European colleagues.

The need for a common language

If enlargement has brought increased linguistic diversity to the Parliament and the Council, the effect has been quite the reverse in the European Commission. The system of “working languages” in the Commission, which reserves a privileged place for the use of English, French and German in its day-to-day work, has taken quite a knock with the integration of the eastern countries. With Russian and English as the most widely spoken foreign languages in Estonia, Latvia, Lithuania, Poland and Slovakia, Commission departments such as that dealing with Regional Policy (where business has been traditionally conducted in French) are struggling to maintain their individual “nationalities”. Indeed, the complex linguistic situation resulting from enlargement has brought the subject of a lingua franca back onto the table for debate.

Contemporary sociologists and linguists have joined the debate on “Eurobabble”, calling for a more democratic linguistic system. As Phillippe van Parijs, a professor at Belgium’s Université Catholique de Louvain, explains, “we need a way of communicating across the nation state borders drawn by the differences of our mother tongues, without the extremely expensive and constraining mediation of competent interpreters. We need it in particular if we do not want Europeanisation to be the exclusive preserve of the wealthy and the powerful who can afford quality interpretation.”

Yet this call for a lingua franca ignores issues of national pride and political nuance which are inextricably linked to this debate. The prospect of English, the natural choice since it is the second language of nearly half the population of the EU, becoming the common Community language is difficult to imagine given French prickliness on the subject. And whist proposals for a “planned language” such as esperanto, which would provide a neutral linguistic territory for debate, have also gained force, this option seems equally unlikely since it would inevitably result in politicians speaking a different language to their electorate; effectively taking the demos out of democracy.

The minority issue

And the issue isn’t set to get any easier. At the other end of the spectrum, enlargement has seen the re-emergence of the debate over the status of minority languages. Whilst this subject has traditionally been brushed under the carpet by western countries, the new members of the EU, many of whom have seen their own languages repressed under the Soviet regime, are eager to promote the linguistic diversity which exists within their borders. With a growing number of regional representations opening offices in Brussels, not to mention the increasing role played by the Committee of the Regions in European legislation, the argument in favour of including minority languages in institutional life is gaining force. With the decision last Monday, June 13, to make Irish the 21st official language of the European Union, the precedent has been set for other minority languages such as Basque, Catalan and Luxembourgish who have long supported the elevation of their regional languages to the status of official languages in the EU.

by Victoria Donovan

 


La letero al prizorganto de la Edukada Servo

Via email: (se vi volas ricevi respondon)
La temo:
Atenton: ← Enskribu la vorton  ilo  , alie la letero pereos

Skribu la leteron sube (ne pli ol 2048 literoj).

La nombro de literoj por uzado: 2048


I Liceum Ogólnokształcące
im. Kazimierza Brodzińskiego
w Tarnowie

(C)2017 mgr Jerzy Wałaszek
GNU Free Documentation License.