obrazek

Sympozjum Rocznicowe na temat Języka i Praw Człowieka (Genewa, ONZ, Pałac Narodów, Sala VIII, 28 kwietnia 1998r)
Lingwiści nie zajmują się sztucznymi językami.

 

Panie Przewodniczący

 

Uczucie przenikające Powszechną Deklarację Praw Człowieka to dążenie do sprawiedliwości. Lecz występuje duża nieświadomość wagi sprawiedliwości w dziedzinie języka oraz wagi języka w dziedzinie sprawiedliwości. Społeczna postawa w stosunku do języków wszędzie preferuje nierówność. W Organizacji Narodów Zjednoczonych jedni mogą używać swoich języków ojczystych, podczas gdy inni są pozbawieni tej możliwości, a niewiele uwagi zwraca się na ich upośledzenie. Chociaż nie trudno byłoby przywrócić sprawiedliwość. Wystarczyłoby w ONZ zdecydować, iż nikt z rodziny Narodów Zjednoczonych nie posiada prawa używania swojego języka ojczystego. Gdyby Francuzi, Amerykanie oraz inne uprzywilejowane narody zostały zobowiązane do używania języka innej kultury w swojej komunikacji ustnej czy pisemnej, zdaliby sobie sprawę o położeniu swoich językowo upośledzonych kolegów, a koncepcja sprawiedliwości w używaniu języka być może znalazłaby jakiś punkt wejścia do stosunków międzynarodowych. W kontekście dnia dzisiejszego ta prosta sugestia jest nierealistyczna. Wywołuje ona uczucie obcości, ekscentryczności. Dlaczego? Cóż to ujawnia, jeśli nie to, iż bez względu na elokwentne przemowy wygłaszane na rzecz sprawiedliwości wśród narodów, nie istnieje rzeczywista wola nawiązywania kontaktów ze wszystkimi na równej stopie.

Istnieje pewnego rodzaju ślepota, nieczułość wśród tych, którzy mogą używać swojego języka ojczystego, w stosunku do tych, którzy nie posiadają takiego szczęścia. Gdy jest się zmuszonym do używania języka nie będącego ojczystym, wygląda się na mniej inteligentnego, niż się jest, brzmiąc często śmiesznie. Gdy czterdzieści lat temu pracowałem jako protokólant w nowojorskim ONZ-cie, reprezentant pewnego kraju członkowskiego na krawędzi zapaści gospodarczej rozpoczął interwencję, mówiąc wolno, widocznie szukając w głowie właściwych słów, za pomocą zdania "My Government sinks..." ("Mój rząd tonie..."). Oczywiście chciał powiedzieć thinks (sądzi, myśli, uważa), Wszyscy wybuchli śmiechem. Uderzyło mnie, że nikt nie miał współczucia dla tego człowieka, który, jak 80% ludzi żyjących na tej planecie, nie posiadał w swoim języku angielskiego dźwięku th (Polacy też go nie mają!) i dlatego musiał torturować swoją krtań przy wymawianiu każdego zdania po angielsku lub musiał brzmieć śmiesznie. Albo rozważmy przypadek Pani Helle Degn, holenderskiej minister, która, otwierając międzynarodowe zebranie i chcąc przeprosić za swój brak znajomości w temacie, ponieważ właśnie niedawno objęła swoje stanowisko, powiedziała "I'm at the beginning of my period" ("Jestem na początku mojego okresu miesiączkowego") (1). Dlaczego stała się pośmiewiskiem tego zebrania? Dlaczego była wystawiona na ryzyko ośmieszenia, którego nigdy nie doświadczają reprezentanci wielu krajów? Z jej własnej winy? Nie. Jak większość obcokrajowców używających języka angielskiego na raczej wysokim poziomie, spędziła ponad 10 000 godzin na nauce i praktyce w tym języku. Lecz nigdy nie można osiągnąć poziomu równego poziomowi mówiących tym językiem od urodzenia. Ryzyko ośmieszenia nie jest równo rozłożone na wszystkich.

Gdy pracowałem dla WHO, był tam pewien japoński lekarz, który reprezentował swój kraj w pewnym organie regionalnym. Na każdym zebraniu nie mówił więcej niż dwa, trzy zdania przygotowane w notatniku. Wszyscy myśleliśmy sobie: "W porządku, nie jest zbyt rozmowny". Lecz wtedy rząd japoński zorganizował zebranie w Tokio i udostępnił tłumaczenie na żywo z języka japońskiego. Postawa tego delegata uległa całkowitej zmianie. Miał mnóstwo do powiedzenia, wiele bardzo cennych uwag dla wszystkich składników porządku obrad. Został uwolniony od upośledzenia w formułowaniu swoich myśli w dziwnym dla siebie języku. Odkryliśmy zupełnie inną osobowość.

Jak dochodzi do tego, że używanie języka ma taki wpływ nie tylko na to, jak jesteśmy odbierani, jak dajemy sobie radę w negocjacjach, lecz również na prosty fakt, iż odważamy się prosić o wysłuchanie? Jak dochodzi do tego, że ta nierówność jest tak rzadko uświadamiana sobie przez tych, którzy zawsze mogą używać swojego języka ojczystego?

 

Uczenie się języka: zadanie budzące grozę

Gdy nabywamy umiejętność posługiwania się naszym językiem ojczystym, jesteśmy zbyt młodzi, aby rozumieć, co się dzieje. Uczenie się go oznacza wprowadzanie do naszego mózgu i wyćwiczenie w nim odruchów dla tysięcy danych, programów i podprogramów połączonych w niezwykle zawiłe wzorce. Z tego powodu nawet po 20 000 godzin całkowitego kontaktu ze swoim językiem dzieci w wieku sześciu lub siedmiu lat wciąż nie są w stanie poprawnie wyrażać swoich myśli. Mówią foots zamiast feet lub comed zamiast came, ponieważ ogólne programy nie zostały jeszcze podłączone do specyficznych podprogramów, które powinny wywołać takie słowa jak foot czy come. Przy nauce języka obcego musimy usunąć uwarunkowania wielu takich odruchów i uwarunkować je ponownie odruchami dla nowego języka. Jest to przerażające zadanie, które wyjaśnia, przykładowo, dlaczego w Hong Kongu połowa uczniów po sześciu latach nauki po kilka godzin dziennie odpada na egzaminie z języka angielskiego w wieku lat szesnastu (2).

To smutne, że jest tak mało współczucia dla wszystkich tych ludzi, którzy nie są częścią tzw. elity i którzy cierpią na upośledzenie językowe. Tak samo jak jest bardzo mało współczucia dla milionów dzieci na całym świecie, które są zmuszane do poświęcania olbrzymich ilości czasu i energii nerwowej na zupełnie bezużyteczną naukę języków, których nigdy nie opanują.

Przychodzi mi na myśl grupa uchodźców z Jugosławii i z byłej Jugosławii, którą się musiałem zajmować. Wszyscy dorośli uczyli się przez sześć lat rosyjskiego, niemieckiego lub angielskiego w tempie czterech godzin tygodniowo. Ja mniej więcej sobie radzę w każdym z tych języków. Lecz porozumiewanie się z tymi ludźmi było niezmiernie frustrujące. Potrzebowali kilku minut na wyrażenie czegoś, co w ich własnym języku zajęłoby im dwie sekundy, a bardzo często im się po prostu to nie udawało. Pewnego razu jednej matce z Osijeku (miasto we wschodniej Chorwacji) musieliśmy przez pięć minut wyjaśniać zdanie "płaszczyk dla pani dziecka będzie dostępny w przyszłym tygodniu", ponieważ nie pamiętała właściwych słów i musieliśmy użyć wszelkiego rodzaju pomocy, aby dotrzeć do jej mizernego słownictwa, które jej pozostało, pomimo znaczącego wkładu w naukę języka co do czasu i wysiłku, jaki podjęła w szkole.

W końcu przynajmniej udało się nam nawzajem porozumieć. Lecz co zrobić, jeśli staniemy przed staruszką mówiącą jedynie językiem albańskim, która przeżywa atak histerii, i zdamy sobie sprawę, że wyraża ona swoje przepojenie bólem, cierpieniem, zmieszaniem, rozpaczą, a my wiemy, że moglibyśmy jej pomóc, że zostaliśmy do tego odpowiednio przeszkoleni w dostępnych procedurach do uspokojenia jej, lecz nic nie możemy zrobić, ponieważ nie rozumiemy ani jednego szczegółu z historii, którą nam opowiada, z uczuć, które musi nam przekazać, aby mogła odzyskać równowagę. Gdy doświadczymy takiego przeżycia, wiemy, co znaczy być upośledzonym językowo.  Czujemy się tak, jakbyśmy dostali udaru i został uszkodzony nasz mózg, i chociaż z całego serca pragniemy pomóc, jesteśmy zupełnie bezsilni. Przestajemy już być istotami ludzkimi. Ponieważ ludźmi czyni nas obcowanie z innymi.

Zastanawiam się, jaką cenę zapłacą przyszłe pokolenia za wszystkie urazy, które powrócą z powrotem, ponieważ nie zostały uleczone we właściwym czasie i to nie z braku terapeutów, lecz z braku języka umożliwiającego tę terapię, która w wielu wypadkach byłaby bardzo krótka. Ludzie w nieszczęściu muszą zostać wysłuchani z potwierdzeniem, że zostali zrozumiani przez słuchającego ich. Lecz to wymaga językowych środków porozumiewania się. W czasach, gdy miliony osób muszą się dostosować do innej kultury, ponieważ przymus polityczny czy gospodarczy zmusił ich do opuszczenia swojego domu, trudności upośledzonych językowo są codziennością, lecz społeczeństwo jako całość nie posiada współczucia dla tej sytuacji, a jak pokażę wam za chwilę, można by tego łatwo uniknąć, gdyby istniała ku temu dobra wola.

 

Dyskryminacja i niesprawiedliwość

Dlaczego więc nie ma tej dobrej woli? Z jednej strony dlatego, iż nie istnieje świadomość tego stanu rzeczy. Dla większości ludzi sama koncepcja upośledzenia językowego jest obca. Ta smutna rzeczywistość nigdy nie zostaje nazwana, a kiedy coś nie jest formułowane, nie odnajduje swojego miejsca w świadomym umyśle. W rezultacie większość ofiar upośledzenia językowego nie czuje się ofiarami. Ich uczucia w rzeczywistości są dużo bliższe poczuciu winy. Jeśli nie wyrażam się zrozumiale, to jest to moja wina, bo byłem zbyt leniwy lub nie dość zaradny, by opanować właściwe środki porozumiewania się. Ludzie, którzy z powodu języka są śmieszni lub niesprawiedliwie traktowani przez policję, system sądowniczy lub swoich szefów, nie zdają sobie sprawy, że to społeczeństwo ponosi większą odpowiedzialność za ich upośledzenie od nich samych (słynna sprawa Roberta Dziekańskiego, zabitego paralizatorem elektrycznym przez kanadyjską policję na lotnisku w Vancouver  14.10.2007 z powodu braku możliwości porozumienia się z nim w języku angielskim, przyp. tłum.). Zatem występowanie tej dyskryminacji rzadko jest przyjmowane do wiadomości. Niezbyt często zdarza się nam przeczytać zdanie takie jak poniższe, które wziąłem z The Wall Street Journal (3) i które odnosi się do ludzi, znanych jako bramkarze, dokonujących sortowania podań o pracę na podstawie wywiadów po angielsku: "Angielski 'bramkarzy' jest jednym z najmniej widocznych, najmniej mierzalnych i najmniej zrozumiałych aspektów dyskryminacji".

Inny aspekt dotyczy tego, iż dla tych, którzy wyzyskują obcokrajowców, jest bardzo wygodny brak konieczności brania odpowiedzialności dzięki problemom językowym.

Pewien szwajcarski podróżnik w Manili na Filipinach przekonał młodego krajowca do wyjazdu z nim do Szwajcarii; obiecał mu sfinansowanie nauki, zapewnienie zakwaterowania, a nawet legalne adoptowanie go. Czternastolatek zgodził się na to. Gdy przybył na miejsce, został siłą wciągnięty w sieć prostytucji i był wykorzystywany jako niewolnik przez swojego pana. Możliwość ratunku pojawiła się, gdy dwóch policjantów przyszło do domu, w którym był więziony, ponieważ posiadali oni pewne podejrzenia na temat tego, co tam się działo. Policjanci nawet widzieli tego młodzieńca, lecz posługiwał się on jedynie pewnego rodzaju łamaną angielszczyzną, a policjanci wcale nie mówili po angielsku. Jego pan rozmawiał z nimi w miejscowym dialekcie szwajcarskim języka niemieckiego.  Nastolatkowi nie udało się porozumieć, a ten człowiek mógł wyjaśnić jego wypowiedzi w języku niezrozumiałym dla młodego niewolnika, zatem nie mógł on walczyć z zapewnieniami swojego pana, co mógłby zrobić, nie będąc zamkniętym w klatce upośledzenia językowego.

Tutaj, w Genewie, został skazany człowiek z Burkina Faso i nawet nie rozumiał dlaczego go skazano, ponieważ mówił jedynie językiem Bissa, afrykańskim dialektem, a postępowanie było prowadzone po francusku. Pod naciskiem policji oraz, być może, poczucia winy powiązanego zwykle z upośledzeniem językowym, podpisał raport policyjny, napisany na maszynie w jego obecności, chociaż nie rozumiał jego treści. Wiemy o tym zdarzeniu tylko dlatego, że pewien prawnik akurat znalazł się na właściwym miejscu i we właściwym czasie i udało mu się podważyć te pierwsze oskarżenia. Opisany człowiek o mało nie został wysłany z powrotem do Afryki, zanim władze rozważyły przyznanie mu azylu politycznego, a argumentem były niezgodne z prawem czyny, których popełnienia nie był winien, lecz z których nie był w stanie się wytłumaczyć (4).

Jednym z aspektów upośledzenia językowego jest niedostatek tłumaczy. Zatem administracje powołują kogokolwiek z danego obszaru językowego. Lecz obiektywne tłumaczenie bez wprowadzania zniekształceń spowodowanych poglądami politycznymi czy stanem emocjonalnym nie jest wcale proste. Niejeden uchodźca ucierpiał z powodu tych właśnie konsekwencji upośledzenia językowego.

Obecny brak uświadomienia sobie wagi języka jako czynnika pełnej ludzkiej godności prowadzi do ukrytych rodzajów dyskryminacji. Pewna znana mi osoba w Berlinie została zmuszona w przedszkolu do rozmawiania po niemiecku ze swoim synem, ponieważ wychowawczyni chciała zrozumieć, o czym rozmawiają rodzice z dziećmi. Oczywiście nie jest to straszne samo w sobie, ponieważ takie porozumiewanie się jest ograniczone do kilku minut dziennie. Lecz postawa wychowawczyni ujawnia szeroko rozpowszechniony pogląd, że język nie jest ważny, jakby jego przeznaczeniem było jedynie przekazywanie wiadomości. Jest to zaprzeczeniem wszystkich emocjonalnych aspektów języka, jak również jego roli w poczuciu tożsamości, które jest jedną z podstaw poczucia godności, tak często wspominanego przez Powszechną Deklarację Praw Człowieka. Wychowawczyni w przedszkolu nie zdaje sobie sprawy, że jej żądanie jest uwłaczające, że skutkuje pojawieniem się poczucia odrzucenia i stanu niższości. Podobne, lecz dużo poważniejsze wtrącanie się w stosunki pomiędzy rodzicem, a dzieckiem jest powszechne w tureckich więzieniach, gdzie ojciec odwiedzający syna jest zmuszany do rozmawiania z nim po turecku, podczas gdy językiem rodziny, językiem uczuć i emocji, tak ważnych w tym kontekście z ludzkiego punktu widzenia, jest w rzeczywistości język kurdyjski.

 

Co można zrobić?

Być może pomyślimy: "W porządku, tak to wygląda, więc co można z tym zrobić?" Najpierw musimy przyjąć do wiadomości, że upośledzenie językowe szerzy się we współczesnym świecie i powoduje wiele cierpień, frustracji i niesprawiedliwości.

Dalej powinniśmy przeanalizować przyczyny tego problemu. Największą z nich może być brak woli do jego rozwiązania, ponieważ porządek (lub raczej bałagan) językowy współczesnego świata daje korzyści pewnym grupom warstw społecznych, które opierają się przed pozbyciem się swojej przewagi. Inną przyczyną może być brak rzeczywistej świadomości rozmiaru tego problemu, jego wpływu na miliony osób. Część tego braku świadomości może z kolei być spowodowana skłonnością do ignorowania neuropsychologicznych aspektów języka, tj. wielkości wkładu wymaganego do opanowania języka, innymi słowy, faktu, iż płynność w większości języków wymaga wyćwiczenia setek tysięcy odruchów wprowadzonych do systemu nerwowego i zarządzanych w mózgu.

Następnym krokiem byłoby postępowanie zgodne z procedurami badawczymi: wykonanie analizy porównawczej wszystkich dostępnych środków w celu znalezienia docelowego rozwiązania. Cel jest jasny: uwolnić jak największą ilość cierpiących na upośledzenie językowe przy najniższych możliwych kosztach. Analiza porównawcza powinna być wykonana na wszystkich systemach używanych przez ludzkość do przezwyciężania bariery językowej, aby ustalić, który z nich jest najbardziej efektywny pod względem kosztów, najbardziej zadowalający z psychologicznego punktu widzenia, wykazujący się najwyższym szacunkiem dla wszystkich kultur oraz optymalnym z uwagi na sprawiedliwość dla swoich użytkowników.

Z tego miejsca chciałbym podkreślić pewną ważną rzecz, która nigdy nie była wspominana w dyskusjach dotyczących stosowania języków, mianowicie to, że olbrzymi procent wysiłku narzuconego na mózg przy opanowywaniu języka obcego nie ma nic wspólnego z efektywnością porozumiewania się i stąd z usuwaniem przeszkód powodujących upośledzenie językowe. Zatem jeśli istnieje jakiś język, który stosuje się do naturalnego przepływu energii nerwowej bez konieczności modyfikowania jej przez odruchy warunkowe, to może on zaoferować rozwiązanie tego problemu.

Wcześniej wspomniałem o swoich doświadczeniach z uchodźcami, których wcześniej uczono angielskiego, niemieckiego czy rosyjskiego przez średnio 1200 godzin, i których umiejętności językowe były tak niskie, iż potrzebowaliśmy pięciu minut na przekazanie wiadomości, którą w naszych językach ojczystych można by przekazać w dwie sekundy. Lecz powstrzymałem się od wyznania całej prawdy, która odnosi się do tego, iż po kilku tygodniach pojawił się młody robotnik z Kosowa. Jako rodowity Albańczyk uczył się on języka esperanto przez sześć miesięcy. Z nim nie miałem żadnych problemów w porozumieniu się. Przy mnie nie miał on upośledzenia językowego. Nie był ani bardziej inteligentny, ani bardziej uczony od pozostałych. Lecz pragnąc wejść w kontakt z ludźmi na całym świecie i zdając sobie sprawę, że osiągnięcie tego celu jest procesem zbyt wolnym za pomocą języków nauczanych w szkole, spróbował esperanto. Rzeczywiście, jest to język oparty w pełni na użyciu kreatywności, na możliwości uogólniania wszystkich elementów językowych bez wyjątku, na swobodzie w składni oraz w porządku wyrazów, a stąd jest to język podążający bez przeszkód i objazdów za spontanicznym tokiem pracy ludzkiego mózgu przy wyrażaniu idei i uczuć. Jest faktem, że zwykle jeden miesiąc nauki esperanto umożliwia osiągnięciu poziomu porozumiewania się odpowiadającego rokowi nauki w innym języku. Zatem po sześciu miesiącach esperanto opanowuje się ten język tak, jak angielski po sześciu latach nauki. Co więcej, jeśli przestanie się go używać na kilka lat, zapomni się dużo mniej niż w innych językach, ponieważ odruchy nerwowe są stabilne, natomiast odruchy warunkowe nie. Jeśli macie co do tego jakieś wątpliwości, zwróćcie uwagę na rodzaj popełnianych błędów w języku obcym przy powrocie do używania go po kilkuletniej przerwie.

Faktem jest, że na całym świecie esperanto jest używane przez sieć ludzi tworzących coś w rodzaju diaspory, w której nie występuje upośledzenie językowe. Doznania tego środowiska są jak badanie pilotażowe, które dowiodło odpowiedniości tych środków względem zamierzonego celu. Udawanie, że te doznania nie istnieją, jest obrazą dla milionów ludzi, którzy cierpią na upośledzenie językowe.

Nie twierdzę, że należy przyjąć esperanto. Twierdzę, że powinno się je rozważyć. Wszyscy ci, którzy są wystawieni na cierpienie, dyskryminację i niesprawiedliwość związane z upośledzeniem językowym, nie wspominając o wyzysku gospodarczym, urazach w poczuciu tożsamości czy braku stosownej terapii, zasługują na obiektywne, uczciwe rozważenie faktów, do których się właśnie odwołałem, i na wiele więcej. Nie można obiektywnie oceniać esperanto bez porównania go z innymi sposobami międzykulturowego porozumiewania się wg takich kryteriów jak dokładność, bogactwo, łatwość uczenia się dla ludzi o maksymalnie różnych językach ojczystych, trafność wyrażania emocji i uczuć, itd. jak również nie można go osądzać bez przestudiowania jego literatury, poezji, pieśni, historii, funkcjonowania na spotkaniach międzynarodowych, itd.

Uważam, że takie badanie powinno być badaniem długoterminowym. Po należytym sprawdzeniu wszystkich istotnych danych, jeśli esperanto dowiedzie swojej wartości w dziedzinie zniesienia upośledzenia językowego w społeczeństwie, powinna zostać zorganizowana nauka tego języka we wszystkich szkołach podstawowych na całym świecie. Nie spowoduje to istotnych zmian w rozkładach zajęć, ponieważ w pierwszej fazie wystarczy dziesięć minut dziennie przez jeden rok, a te dziesięć minut można połączyć z nauką języka ojczystego (5). Nauka esperanto w szkole podstawowej nie wyklucza nauki innych języków obcych w latach późniejszych. Zatem, zamiast zmuszać miliony dzieci do torturowania swoich umysłów z bardzo miernym skutkiem w celu opanowania języka angielskiego, uważanego za te właściwe środki międzynarodowego porozumiewania się, uczniowie uważaliby języki narodowe za coś wartego odkrywania dla ich wartości kulturalnej. W zależności od swojego miejsca zamieszkania mogliby oni wybierać wśród takich języków jak Sanskryt, włoski, farsi, klasyczną grekę, szekspirowski angielski, hebrajski, arabski lub jakikolwiek inny. Taki plan rozwiązałby jednocześnie dwa problemy dla następnego pokolenia. Pozbyłby się upośledzenia językowego oraz uwolniłby świat od tendencji w kierunku jednowymiarowej kultury opartej na wytworach amerykańskich.

Wiele krajów przeznacza olbrzymie sumy pieniędzy na nauczanie języka angielskiego z bardzo marnymi wynikami: średnio tylko jeden uczeń na stu jest w stanie poprawnie używać tego języka po sześciu latach nauki, a poziom nauczycieli jest bulwersujący. Gdy słyszy się, jak dyrektor programu nauczania angielskiego na uniwersytecie w Malezji mówi, że "Wielu nauczycieli angielskiego nie potrafi rozmawiać po angielsku" (6), cóż można oczekiwać, szczególnie gdy to samo tyczy się wielu krajów? A przyczyna nie leży w lenistwie, słabej organizacji czy nieodpowiednim procesie nauczania. Przyczyna leży w olbrzymiej i nieściśliwej ilości odruchów niezbędnych do opanowania tego języka. Czy nie byłoby sensownym zastąpić tę bardzo nieefektywną inwestycję czymś dużo mniej kosztownym, co rzeczywiście mogłoby uwolnić świat od upośledzenia językowego? Nie wymagałoby to dużo więcej od szczerej woli i współpracy pomiędzy państwami, podobnej do tej, która z sukcesem umożliwiła we względnie krótkim czasie wytępienie ospy.

Lecz wola rozwiązania tego problemu nie może pojawić się bez zmiany w mentalności. Dzisiejszy porządek języków na świecie jest pionowy z powiązanymi ze sobą hierarchicznie językami i angielskim na szczycie. Tam jest władza. Zatem jest to czymś w rodzaju gorączki złota, gdzie występuje ostra konkurencja w dostaniu się na szczyt, gdzie brak jakiegokolwiek współczucia dla poszkodowanych przez ten system. esperanto zachęcałoby do organizacji poziomej, gdzie wszystkie języki traktowane byłyby jednakowo z narzędziem porozumiewania się względnie łatwo dostępnym dla wszystkich.

Upośledzenie językowe nie jest przekleństwem, które pozostawia nas bezsilnymi. Doświadczenia społeczności esperanckiej udowadniają rzecz przeciwną. Zalecający ignorowanie języka esperanto pod pretekstem, że nie ma on znaczenia, jest niebezpieczny, nierealny czy jakimkolwiek innym, przyjmują bardzo poważną odpowiedzialność, odrzucając w ten sposób obiektywność, a stąd i sprawiedliwość. Jeśli istnieje lekarstwo na endemiczną chorobę, co pomyślelibyśmy o lekarzu, który zakazuje wszelkich prób jego promocji, utrzymując miliony ludzi w cierpieniach lub w osłabieniu, ponieważ nawet bez jednego rzucenia okiem na literaturę fachową i wyniki badań pilotażowych w tej dziedzinie zdecydował z góry, że to lekarstwo jest bezużyteczne? Czy taka postawa jest w zgodzie z duchem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka? Lub, biorąc inny przykład, czy jest taka różnica pomiędzy osobą oświadczającą przed sprawdzeniem faktów, że esperanto jest nieodpowiednie i bezużyteczne, a urzędnikiem, który odrzuca podanie uchodźcy o azyl, zanim go wysłucha? W praktyce wszystkie prawa zawarte w Powszechnej Deklaracji wymagają językowych środków komunikacji. Weźmy dla przykładu artykuł 19 o wolności wyrażania się, który "obejmuje wolność (...) do poszukiwania, otrzymywania i udzielania informacji oraz poglądów (...) bez względu na granice". Jak można używać takiego prawa bez języka odpowiedniego dla łatwej, płynnej, pozbawionej pułapek komunikacji, którym można załatwiać sprawy ze swoimi partnerami lub przeciwnikami na równych warunkach? Takie pytania wymagają co najmniej nieco rozważenia.

 

Dziękuję Panu, Panie Przewodniczący.

 

Źródła

  1. Jyllands-Posten, January 14, 1994; Sprog og erhverv, 1, 1994.
  2. Philip Segal, "Tongue-Tied in Hong Kong", International Herald Tribune, 18 marca 1998.
  3. Barry Newman, "Global Chatter – World Speaks English, Often None Too Well", The Wall Street Journal, Midwest Edition, 22 marca 1995, str. A15.
  4. Frédéric Montanya, "Police et justice doivent respecter les droits des accusés", Le Courrier (Genewa), 10 czerwca 1997.
  5. Claude Piron, "Le défi des langues" (Paryż: L'Harmattan, 1994), str. 317; zobacz również na strony 174-193.
  6. Jay Branegan, "Finding a Proper Place for English", Time, 16 września 1991, str. 51.

La letero al prizorganto de la Edukada Servo

Via email: (se vi volas ricevi respondon)
La temo:
Atenton: ← Enskribu la vorton  ilo  , alie la letero pereos

Skribu la leteron sube (ne pli ol 2048 literoj).

La nombro de literoj por uzado: 2048


I Liceum Ogólnokształcące
im. Kazimierza Brodzińskiego
w Tarnowie

(C)2017 mgr Jerzy Wałaszek
GNU Free Documentation License.