Tranzyt Merkurego przed tarczą Słońca

Przeryty Bór - 7V 2003


©2003 Karol Jewuła klasa 1D 2002/2003 pod kierunkiem mgr Tadeusza Sypka

TAM GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC...

obrazek

Przeryty Bór, gdzieś na skraju wszechświata, jakieś 30 km od Tarnowa. Żeby tam dojechać trzeba trzy razy się zgubić, ale w tym jest cała przyjemność. Wieś ulokowana jest w pięknej okolicy, po horyzont lasy i pola. Jak dotarliśmy, to wydawało nam się, że nie ma tam życia. Przez cały dzień może ze trzy autobusy, sklep otwarty przez dwie godziny. Nasze pojawienie się sprawiło, iż młodzież wyległa z chałup, głodna wiedzy o naszym wszechświecie.

Wyruszyliśmy gorącego popołudnia 6 maja roku 2003. Aura nam sprzyjała. Profesor nerwowo biegał z papierosem po sali ciągle mówiąc: Latarka, gdzie jest mój zegarek, mapy – muszę wziąć mapy. W końcu po długim i nerwowym poszukiwaniu, udało się wszystko skompletować. O 1700 punktualnie wyjechaliśmy do Przerytego Boru. Podróż początkowo wydawała się miła i przyjemna, niestety już po 20 minutach jazdy zgubiliśmy jeden samochód z głównym obserwatorem – Pawłem Wróblem. Zatrzymaliśmy się więc na moment we wsi Jastrząbka, gdzie nauczyciele poszli sobie na jednego papieroska, a uczniowie z ciekawością oglądali nowe modele traktorów Ursusa. Po jakiś 15 minutach oczekiwania, dotarł ostatni samochód. Ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy drogami asfaltowymi, betonowymi i gruntowymi. W końcu dotarliśmy do celu.

obrazek

Pierwsze wrażenie: Prawdziwy wiejski dom, który musieliśmy nieco uporządkować gdyż  nie było tam nikogo od poprzedniego lata. Po posprzątaniu naszego pokoju, dzielni astronomowie, zabrali się za poszukiwanie odpowiedniego miejsca do ulokowania sprzętu. Wyciągnęliśmy teleskopy z samochodów, i zanieśliśmy w pole. Tam Paweł poskręcał swój teleskop wyprodukowany przez Żywiec Uniwersał, następnie kładąc go na wcześniej rozłożonych firmowych butelkach po piwie, które służyły jako podstawki pod statyw, by sprzęt nie „bujał się” za bardzo podczas obserwacji.

Trochę gorzej było z postawieniem drugiego teleskopu. Sprzęt szkolny był bardziej stabilny, jednakże brakowało mu chociażby silnika niezbędnego do obserwowania nieba, które na skutek ruchu wirowego ziemi, zmienia się w ciągu nocy. Niestety trzeba było wszystko ustawiać ręcznie. Po uporaniu się z pewnymi problemami, jeśli chodzi o ustawienia teleskopów oraz komarów, zainstalowaliśmy aparaty fotograficzne, by móc następnego dnia zrobić bardzo cenne zdjęcia tranzytu Merkurego przez tarczę słoneczną.

obrazek

Nareszcie dostaliśmy trochę wolnego czasu. Ja i Marcin (zwany szerszej publiczności jako Gumiś) zrobiliśmy mały jogging do lasu, żeby zintegrować się z naturą. Następnie po powrocie, Gumiś jako fachowiec od kuchni, rozłożył grilla i rozpoczął przyrządzanie posiłków. Były to kiełbaski, z niewielką ilością naturalnych przypraw ziemnych.

Równolegle ja z Pawłem oraz Tomkiem obserwowaliśmy niebo, na którym pojawiało się coraz więcej gwiazd. Paweł postanowił; Zrobimy kilka zdjęć Jowisza oraz Księżyca. Po kilku godzinach siedzenia robienia zdjęć i patrzenia w gwiazdy zauważyliśmy dosyć ciekawe zjawisko. Trzeba zaznaczyć, że również bardzo dziwne. Mianowicie, ni skąd ni zowąd na polach gdzie rosły sobie ziemniaki, pojawiały się błyski. Myśleliśmy, że robiono nam zdjęcia. Okazało się jednak, że nikogo wówczas nie było tam z aparatem. Nie zrażeni tym siedzieliśmy dalej, oczekując na „kontakt” – niestety nie nawiązany. Około północy, na niebie zaczęło się show. Był to deszcz meteorytów. Niestety ja nie zobaczyłem żadnego. Z tego wniosek, że nie będę miał szczęścia w przyszłości. Sic!

obrazek

Po pół godzinie poszliśmy do domku się położyć. Jasiek do snu i lulu... Noc spędziliśmy w towarzystwie sympatycznych myszek i innych stworzonek, ale w sumie nie było źle. Obudziliśmy się o godzinie szóstej. Paweł i komandosi (Ja i Gumiś) – jak nas nazywał główny fotograf, poszliśmy odbezpieczyć sprzęt. Następnie zabraliśmy się za poranną toaletę. Niestety musieliśmy jej dokonać w warunkach polowych, przy pomocy szlaufu z wodą, która  była niesamowicie zimna, ale warto było, cera po tym była taka gładziutka – jak pupa niemowlaka.

O godzinie 712 - mobilizacja, rozpoczął się tranzyt Merkurego po tarczy. Pewne zamieszanie. Pan profesor niesamowicie podniecony! Podkreślał, że jest to wyjątkowo rzadkie zjawisko. Zebrała się tamtejsza ludność. Obserwowali Słońce z zaciekawieniem. Tamtejszy senior rodu, pan Fredek, z uśmiechem i z zainteresowaniem oglądał wszystko, co się dzieje. Opowiadał przy tym różne ciekawe historie, które powodowały dobry humor u obserwatorów.

Paweł krzątał się wokół aparatów. Dyktuje dane, robi zdjęcia. Aż cud, że jeszcze żaden film się nie prześwietlił. Mijają dwie godziny, ponowna mobilizacja – maksimum. Znów zamieszanie wokół aparatów fotograficznych. Kilka zdjęć i jeden film się urywał. Profesor Sypek idzie do domku ściągnąć film z aparatu. Stworzył małą ciemnię pod kocem i na szczęście nic się nie stało z filmem. O godzinie 1231 koniec obserwacji. Merkury ginie w przestrzeni. Aż cud, że nic się nie stało – powtarzam. Nie doszło do żadnego wypadku, żaden film się nie naświetlił. Musiało coś się stać, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, co.

Około 1200 przyjechał wujek Pawła po sprzęt i po samego obserwatora. Komandosi, Aśka oraz Tomek wraz z profesorem Sypkiem zmuszeni byliśmy wrócić do domu autobusem. Cóż, trochę naokoło. Najpierw do Dębicy, a następnie z Dębicy pociągiem do Tarnowa. W Dębicy spędziliśmy godzinę na zwiedzaniu starego miasta, oraz na jedzeniu „wypasionych” lodów truskawkowych.

Ekspedycja ostatecznie udała się. Nie prześwietlił się żaden film. Zdjęcia powychodziły. Wszyscy wrócili żywi. Nie było nawet rannych. Sprzęt się jeszcze trzyma. To prawdziwe szczęście, że wszystko się powiodło. Już za miesiąc następne zjawisko – zaćmienie Słońca. Znowu trzeba będzie zrobić eskapadę. Miejmy nadzieję, że będzie również udana jak ta.

Z poważaniem    
Karol „Kajor” Jewuła


Do strony głównej